środa, 30 września 2026

Voo Voo - Zapłacono (1994)

Data zakupu: 29 września 2026 roku 

To dość ważny album dla mnie - de facto od niego zaczęła się moja przygoda z Voo Voo, choć chwilę wcześniej poznałem koncertówkę Koncert w Łodzi (nadal nie było reedycji, niestety), która bardzo mi się spodobała. Potem w radiu zaczęli grać Posypałkę, więc skusiłem się na ich kolejny album studyjny (niestety, nie pamiętam, czy w międzyczasie nie zapoznałem się ze starszymi albumami takimi). Album Zapłacono okazał się być bardzo interesujący, gdyż oprócz tradycyjnych, charakterystycznych dla Voo Voo piosenek w stylu Świat Jednonożny, Łeboskłon, Nawyczkom nie. Lepiej się dwoić oraz wspomniana Posypałka, mamy tu też dużą dawkę eksperymentów. Przede wszystkim obie części Grzmotołomu - pierwsza z powolnym, jakby hip-hopowym podkładem, z wieloma efektami elektronicznymi - rzecz później częściej się pojawiająca. Druga to chyba mój ulubiony kawałek - transowa, pędząca do przodu, pełna solówek saksofonu, trwająca ponad 7-minut - bardzo intensywne nagranie. Absolutną perełką jest też Na polu dżdży - niby ballada, ale niesamowicie bujająca, z genialnym klimatem, ponownie z dobrym saksofonem. Bardzo lubię też Gdy będę miał 65 - rzadka rzecz, składająca się głównie z solówki gitarowej Wagla, która mogłaby się ciągnąć i ciągnąć (kawałek i tak trwa 5 i pół minuty). Dobrze wypadają też spokojniejsze fragmenty - otwierający album Czajnik z gościnnym udziałem senegalczyka Mamadou Dioufa, krótki Joszko z fujarką Joszko Brody i wreszcie wieńczący album Ol Daldi - takie etniczne, sympatyczne granie bez konkretnych słów, zakończone ponad minutowym ćwierkaniem ptaków... 

Oryginalne wydanie CD miało sklejkę jako okładkę, z wypalonymi na niej napisami. Mieli wtedy rozmach, kolejny album wydali w drewnianym pudełku, koncertówkę Koncert w Trójce pakowali w worek jutowy... Ja dorwałem reedycję z 2001 roku - oryginalne wydania albo chodzą bardzo drogo, albo ich w ogóle nie ma dostępnych. Mamy więc okładkę normalnie wydrukowaną na papierze. W środku jest kolorowo, trochę zdjęć, trochę tekstów (choć niekoniecznie do piosenek, tylko fragment Czajnika został zamieszczony) i ciekawy design.

Ocena: 3/5






środa, 23 września 2026

Underworld - Strawberry Hotel (2024)

Data zakupu: 18 września 2026 roku

Ostatnie albumy Underworld jakoś nie bardzo mi się podobają. Barking ma dwa fajne kawałki, Barbara Barbara We Face a Shining Future brzmi dziwnie i kompozycje ma słabe, Drift 1 Series Sampler Edition to w większości utwory dość spontaniczne i czasami po prostu brzmią jak demówki... Na szczęście na każdym z nich znajdzie się coś interesującego. Nie inaczej jest z ich ostatnim albumem. Zawiera aż 15 kompozycji (choć dwie to repryzy), sporo piosenek z wokalem, trochę instrumentalnych utworów... Jest w czym wybierać. Ze względu na ogrom nagrań, łatwiej ogarnąć to posługując się stronami podwójnego winyla. A zatem...

Strona A
Chyba najmocniejsza część wydawnictwa. Zaczyna się łagodnie od melodyjnego wokalu Karla na tle ambientowych plam - Black Poppies. Potem mamy banger w postaci Denver Luna - 8 minut techno, typowego dla Underworld, choć w drugiej części łagodniejący za pomocą fajnego wokalu. Trzeci kawałek, jeden z najlepszych na płycie, instrumentalny Techno Shinkansen zachwyca fajnym motywem klawiszowym. I na koniec najdziwniejsza rzecz - And the Colour Red. Minimalistyczny, mroczny i monotonny - też bardzo ciekawy kawałek.

Strona B
Ta strona jest moim zdaniem najsłabsza. Utwory Sweet Lands Experience, Hilo Sky i Burst of Laughter nie wyróżniają się niczym szczególnym, ot taka sobie papka elektroniczna, trochę przypominająca czasy Drift 1. Inaczej jest z kawałkiem Lewis in Pomona. Zaczyna się dość łagodnie, Karl czaruje delikatnym śpiewem, potem pojawia się żeńska wokaliza, aby nagle przywalić z główki - wchodzi połamany beat, ciężkie talerze i robi się niesamowicie! To też jeden z tych naprawdę dobrych utworów - z pomysłem.

Strona C
Najkrótsza, bo tylko 3-utworowa. Najpierw jest King of Haarlem, z niezłym refrenem, mógłby spokojnie być singlem. Następnie mamy kolejny bardzo dobry utwór - Ottavia. Na tle minimalistycznego podkładu córka Ricka Smitha, Esme, deklamuje tekst, ciekawie go interpretując. Znakomita rzecz, kompletnie inna niż reszta nagrań (momentami trochę przypomina stareńkie nagranie Re-Evolution The Shamen - podobna koncepcja). Na koniec dostajemy repryzę Denver Luna, w wersji acapella (nie do końca, trochę ambientu jest w tle). Też fajna rzecz, chyba wolę ją nawet, niż oryginał.

Strona D
Zaczyna się od najdłuższego nagrania, 9-minutowego Gene Pool. Tu już mamy ewidentnie powrót do klimatów Drift 1 - jest fajna melodyjka, rozwinięcie, chóralne śpiewy pod koniec. Niezłe, choć chyba za długie. Potem króciutka repryza King of Haarlem, pod tytułem Oh Thorn! i kolejny fajny kawałek, trip-hopowy Iron Bones z gościnnym udziałem wokalu Niny Nastasii. Dobry, mroczny, niezły na koniec. Ale prawdziwy koniec to akustyczny instrumental Stick Man Test - zagrany na gitarze przez Karla.

I taki jest ten album. Trochę dobrego, trochę słabszych rzeczy, ale ogólnie wychodzi na plus. Oczywiście to już nie ten Underworld co kiedyś, ale przynajmniej nadal kombinują.

Wydanie, niestety, w kartoniku, ale przynajmniej jest kolorowo. Książeczka nawet ciekawa, nadruk na płycie CD też ok.

Ocena: 2/5

sobota, 19 września 2026

Banco de Gaia - Last Train to Lhasa 20th Anniversary Edition (2015)

Data zakupu: 14 września 2026 roku

W 2014 roku Toby Marks, działający pod marką Banco de Gaia, zaczął fajną inicjatywę w postaci wydawania zremasterowanych i wzbogaconych o dodatkowe nagrania swoich albumów. Wszystkie wydawał w 20 roku od ich pierwotnego wydania. Zaczął oczywiście od debiutu z 1994 roku, albumu Maya, który zawierał dodatkowo 2 płyty CD z rzadkimi utworami demo, live oraz remiksami (wszystkie remastery ukazują się wyłącznie na CD, nie ma ich w postaci cyfrowej ani w serwisach streamingowych!). Całkiem nieźle mu to wyszło, album wyprzedał się całkowicie, aż trzeba było zrobić dodruk (w tym roku). Oczywiście rok później ukazał się kolejny remaster, tym razem albumu Last Train to Lhasa z 1995 roku. Każdy kolejny album doczekał się swojego wznowienia - najnowsze wydawnictwo to Farewell Ferengistan z 2006 roku który ukaże się w tym roku, na jesieni.

Tym razem dostaliśmy aż 4 płyty CD. Co ciekawe, każdy krążek zawiera coś dodatkowego. Na podstawowym albumie znajduje się nieopublikowany aż do 2011 roku utwór Eagle - taki sobie, dobrze, że nie został uwzględniony w podstawowym programie płyty. Owszem, znaliśmy go z ambientowego remiksu Eagle (small steppa mix) dostępnego na drugiej płycie CD, ale to jednak dwa różne nagrania. Na tej drugiej płycie CD, w oryginale zawierającej tylko 3 remiksy utworów Kuos, Kincajou i właśnie Eagle, ponownie mamy coś nowego. Otóż utwór Kincajou, wydany pierwotnie w skróconej (!) 36-minutowej (!) wersji, tutaj doczekał się wznowienia w pełnej (!) 44-minutowej (!) edycji, pozbawionej cięć. Szczerze mówiąc, wolę jednak wersję skróconą - te cięcia były konieczne i wycięto najbardziej powtarzające się i zbędne fragmenty.

Kolejna płyta CD to kolejne remiksy. Oprócz znanych już z limitowanej edycji z 1995 roku (którą posiadam) miksów China, Amber i 887 mamy też dwa dodatkowe długasy, oba w okolicach 19 minut. Miks White Paint to rzecz niepublikowana do tej pory, ale w sumie taka sobie, natomiast ambientowa wersja Last Train to Lhasa ukazała się już wcześniej na singlu, ale w skróćonej, 12-minutowej wersji. Tutaj mamy tego więcej, choć ponownie nie wiem czy warto - jakoś nigdy za nią nie przepadałem.

Dysk 4 to już same nowe nagrania - remiksy dokonane przez współczesnych artystów. Niektóre są naprawdę niezłe (Nick Manasseh, Alucidnation, Andy Guthrie), niektóre słabsze (strasznie nudny miks Andrew Heatha, Sonasha, Bluetech), jest nawet jeden miks autorstwa samego Toby'ego Marksa (Kincajou). Ale i tak najlepszym nagraniem jest remiks Last Train to Lhasa autorstwa Astropilota. Świetna rzecz, chilloutowa, ale zarazem rytmiczna, z niesamowitym klimatem - to mój ulubiony miks.

W ramach uzupełnienia dodam, że przed wydaniem albumu ukazał się też singiel zapowiadający to wydawnictwo - Last Train to Lhasa 20th Anniversary Edition EP. Zawiera, oprócz oczywiście wersji albumowej oraz radiowej nagrania tytułowego, opisany już wcześniej pełny ambientowy miks, remiks Astropilota, oraz 2 miksy dostępne tylko na tej EP-ce - remiks autorstwa Silinder (niezły) oraz uwspółcześnioną wersję autorstwa Marksa o podtytule 2k2 - co sugeruje datę stworzenia miksu (taki sobie). Miły dodatek, ale dostępny tylko i wyłącznie w wersji cyfrowej.

Wydanie w kartoniku - trochę szkoda, ale rozumiem, że to najtańsza opcja, pozostałe remastery też chyba są w kartonikach. Opisy tylko na zewnętrznej wersji kartonika. Spis utworów wyłącznie na obwolucie.

Ocena: 2/5 









poniedziałek, 14 września 2026

Yello - 40 Years (2021)

Data zakupu: 14 września 2026 roku

W oczekiwaniu na najnowszy album Yello, Time Lab (wychodzi już 30 października!) zakupiłem kolejne wydawnictwo Yello. To już czwarta składanka Yello - po The New Mix in One Go (1986), Essential (1992) i Yello by Yello. The Anthology (2010 - tej nie mam). W sumie niewiele nowego tu znajdziemy, choć parę utworów znalazło się w wersjach skróconych - niektóre były już opublikowane na The Anthology, jak Liquid Lies (to całkiem nowa wersja, inna niż na Motion Picture), La Habanera (teraz ma trochę ponad 3 minuty), Tremendous Pain, Distant Solution i Tiger Dust (wersja z The Virtual Concert). Nowych miksów doczekały się nagrania Spinning My Mind (wersja z wideo), Blender z Baby (brakuje klimatycznego początku) oraz Houdini (skrócony o ok. 1 minutę). Dziwactwem jest za to Night Train - wolniejszy niż oryginał - uważam, że to błąd techniczny, nie celowe działanie.

Dobór nagrań też jest miejscami dziwny - cała masa utworów z Point i Toy, za to niewiele z Touch Yello, całkowity brak czegokolwiek z Pocket Universe i tylko jeden utwór z Flag (The Race nie liczę, bo mamy go w wersji koncertowej, z Live in Berlin). Niezbyt satysfakcjonujący reprezentatywny zestaw, niestety... Ale mamy za to jeden rodzynek! Mean Monday (z gościnnym udziałem Malii) został wydany pierwotnie jedynie cyfrowo w ramach promocji książki o Yello w 2011 roku. Fajny kawałek, choć refren mógłby być lepszy. 

Wydanie w eleganckim digipaku, z ciekawą książeczką. Fajnie, że zaznaczyli w dyskografii któe kawałki znajdują się na tej składance. Design taki sobie, dobrze, że na najnowszym albumie wracają do Ernsta Gampera, który projektował ich pierwsze okładki.

Ocena: 2/5















środa, 9 września 2026

Yello - Live in Berlin Blu-ray Video (2017)

Data zakupu: 8 września 2026 roku

Muzycznie jest to dokładnie to samo, co znajdziemy na wersji CD. Ale tutaj mamy dodatkowo obraz, więc można zobaczyć jak Yello daje sobie radę na scenie. Jest co oglądać, na scenie znajduje się sporo ludzi, fajnie jest to sfilmowane i świetnie brzmi. A żeby było śmieszniej - nie mam odtwarzacza Blu-ray! Ale chyba sobie sprawię, bo myślę, że warto by obejrzeć ten koncert.

Wydanie w digipaku, bardzo eleganckie, fajna książeczka. Trochę szkoda, że nie w super jewelboksie, ale one już wyszły z użycia, niestety...