sobota, 21 lutego 2026

Motorpsycho - Little Lucid Moments (2008)

Data zakupu: 18 lutego 2026 roku

Bardzo interesujący album norweskiego Motorpsycho. Tylko 4 utwory, ale za to godzina muzyki! Pierwszy jest utwór tytułowy - ponad 21 minut! A dzieje się w nim niesamowicie dużo, tempo jest dość szybkie, poszczególne fragmenty idealnie przechodzą jeden w drugi, riffy są naprawdę dobre. Najlepszy utwór na płycie. Potem mamy Year Zero - ballada, jedyny utwór z płyty za którym nie przepadam. She Left on the Sun Ship ma absolutnie znakomity riff gitarowy, który przez pół utworu ciągnie piosenkę, aby na następnie przez kolejne pół kawałka rozmarzyć się psychodelicznie i bez perkusyjnie - świetny kawałek. Ostatni, czyli The Alchemist, to znowu znakomite riffy, szybkie tempo i świetny wokal. Cała płyta jest jedną z ich najlepszych.

Wydanie w digipaku, bez książeczki. Pod płytą nic nie ma, wszystkie opisy są na jednej ze stron. Design, niestety, jak to w przypadku Motorpsycho, beznadziejny.

Ocena: 3/5 





środa, 18 lutego 2026

Gong - Zero to Infinity (2000)

Data zakupu: 5 lutego 2026 roku

Album, który poznałem dopiero w zeszłym roku. I żałuję, że tak późno - to bardzo dobra rzecz. Gong powraca do brzmień znanych z lat 70-tych, ale zarazem tworzy dźwięki bliższe czasom współczesnym (wtedy). Mamy więc bezpośrednie nawiązanie do płyty You - Invisible Temple to prawie brat bliźniak The Isle of Everywhere - długi, pełen saksofonowych i gitarowych solówek, ze znakomitym basem i lekką perkusją, czarujący klimatem - jedno z lepszych nagrań na płycie. A propos saksofonu - mamy tu obecnych aż dwóch saksofonistów - jest Didier Malherbe oraz Theo Travis. Zresztą w ogóle skład zespołu jest zacny i mocno przypominający skład z lat 70-tych - Mike Howlett na basie, Gilli Smyth na wokalu... Daevid Allen jest oczywistością. Skład uzupełnia znakomity perkusista Chris Taylor - będzie też obecny na 2032

Pozostałe utwory nie są wcale gorsze, nawet niektóre uważam za lepsze, jak kończący album Infinitea - kolejny instrumental z wokalizami Gilli i saksofonowymi solówkami, okraszony znakomitą figurą rytmiczną perkusji - powtórzoną zresztą w innym utworze, The Mad Monk - Infinitea jest niejako rozwinięciem tamtego utworu, tyle, że bez tekstu i bardziej eteryczny. Nie brakuje tu też mocniejszych "kopnięć" - Zeroid ma zadziorny riff, Bodilingus to znakomita partia wokalna, a Magdalene czaruje duetami saksofonowymi i świetnym wokalem. Nie brakuje oczywiście też spokojniejszych fragmentów - Tali's Song i Yoni on Mars to takie klasyczne Gongowe ballady. Na koniec muszę wspomnieć o rzeczy nietypowej dla Gongu - Wise Man in Your Heart nie jest nowym nagraniem. Ukazał się pierwotnie na albumie Good Morning! sygnowanym przez Daevida Allena i hiszpański zespół Euterpe, w 1976 roku. Oczywiście interpretacja jest nowoczesna, ale nadal jest to ten sam utwór - trochę reggae'owy, bardziej balladowy, mocno oniryczny... Fajny album.

Zakupiłem oczywiście remaster Kscope z 2023 roku. Przede wszystkim ma on zdecydowanie lepszą okładkę niż wydanie oryginalne, poza tym jest w ładnym, choć skromnie wydanym, digipaku. W środku tylko wkładka...

Ocena: 3/5 







sobota, 14 lutego 2026

Can - Future Days (1973)

Data zakupu 5 lutego 2026 roku

Ostatni album Can z Damo Suzukim. W porównaniu z poprzednim - dość łagodny, nie ma na nim żadnej dawki szaleństwa - może jedynie Spray przypomina wcześniejsze rozedrgane dźwięki improwizacji. Utwór tytułowy rozwija się powoli, ma delikatny wokal Damo i fragmenty drum'n'bassowe (serio, pod koniec nagrania perkusja zostaje przyspieszona, brzmi zupełnie jak d'n'b). Moonshake to mały, fajny kawałek, lekko popowy, z fajną perkusją i ciekawą melodią. Podobny do Spoon czy Vitamin C z Ege Bamyasi. Natomiast najdłuższy na płycie Bel Air to też lekko popowa jazda, choć nie brakuje tam kąśliwych gitar i zmian tempa. Ale w sumie fajny, prog-rockowy utwór. Bardzo przyjemna ta płyta, chyba najlepsza z ich dokonań (choć niektórzy wolą Tago Mago - za dużo dla mnie tam chaosu i hałasu).

Wydanie dość estetyczne, fajne są zdjęcia w środku. Okładka - klasyk.

Ocena: 2/5 










środa, 11 lutego 2026

Black Sabbath - Master of Reality (1971)

Data zakupu: 4 lutego 2026 roku

Trzeci album Black Sabbath to absolutny klasyk heavy metalu. Same zabójcze riffy (Sweet Leaf, Children of the Grave, Lord of This World, Into the Void), ciekawe pomysły aranżacyjne (początek After Forever), moc i energia. Dodatkowo mamy dwie miniatury gitarowe (Embryo i Orchid) oraz niesamowitą balladę, zaśpiewaną delikatnie przez Ozzy'ego (Solitude - tak, to on śpiewa i naprawdę ciężko go poznać, nie ma tam jego skrzeku, tylko normalny głos). Dość udany album, lubię go. Jego minusem jest chyba tylko długość - trwa niewiele ponad 34 i pół minuty. To najkrótsza płyta Black Sabbath w ogóle.

Okładka taka sobie. Mam wydanie Sanctuary z 2004 roku, pasujące do poprzednich zakupów (oprócz Vol.4). Dziwne, ale nie ma książeczki, tylko jest rozkładana wkładka. Co prawda zawiera wszystko co trzeba - i teksty utworów i krótki esej o płycie - ale bardzo małymi literkami... Nie na moje oczy.

Ocena: 2/5 






sobota, 7 lutego 2026

Fluke - Groovy Feeling (1993)

Data pierwszego zakupu: 10 czerwca 1999 roku
Data ponownego zakupu: 4 lutego 2026 roku

Trzeci, i ostatni singiel promujący album Six Wheels on My Wagon. Oprócz wersji radiowej oraz lekko wydłużonej wersji płytowej (2. pierwsze utwory) mamy kilka miksów autorstwa Fluke oraz jeden autorstwa kolegów z zespołu Atlas. W sumie nic nowego - wariacje na temat, choć każdy miks jest inny. Każdy brzmi jednak dokładnie jak nagrania zespołu z tamtego okresu - jest dość wesoło, łagodnie i tanecznie. Przyjemny singiel, ale bez fajerwerków.

Okładka okropna. Stylistyka również, choć identyczna jak w przypadku Electric Guitar.

Ocena: 1/5 


poniedziałek, 2 lutego 2026

The Comet is Coming - The Afterlife (2019)

Data zakupu: 31 stycznia 2026 roku

Niezły mini-album (niewiele ponad 32 minuty) uzupełniający znakomity album Trust in the Lifeforce of the Deep Mystery. 6 utworów w podobnym stylu, w jednym z nich gościnnie występuje Joshua Indehen na wokalu. Fajne klawisze, fajne melodie wygrywane przez saksofon, momentami hip-hopowa perkusja i kosmiczny klimat elektroniczego jazzu. Bardzo przyjemny album, choć często dość łagodny i ambientowy (Lifeforce part I, The Afterlife, The Seven Planetary Heavens). Lubię go. 

Okładka znakomita, idealnie pasuje do muzyki. Wydanie niestety w kartoniku, więc niewiele w nim jest...

Ocena: 2/5 




piątek, 30 stycznia 2026

Budgie - Squawk (1972)

Data zakupu: 27 stycznia 2026 roku

Drugi album Budgie przez niektórych uważany jest za gorszy, niejako cofnięcie się w rozwoju. Owszem, parę rzeczy za tym przemawia - utwory Rocking Man i Drugstore Woman to takie typowe blues-rockowe granie, nie wnoszące nic nowego. Ale nie brakuje też porządnych kopnięć hard rockowych jak Hot as a Docker's Armpit czy Stranded. Są też te małe utworki jak ballada Make Me Happy, wesołe akustyczne boogie - Rolling Home Again i instrumentalny Bottled. Ale najlepsze zostawiłem na koniec. Po pierwsze Whisky River - świetny otwieracz z bardzo ciekawych riffem w środku, oraz wspaniała power-ballada Young is the World okraszona partią melotronu. Znakomity numer, w niczym nie ustępujący słynnemu Parents. Nawet sami muzycy to podkreślają w książeczce.

Wydanie podobne jak debiut - bardzo fajne. Dodatkowo są nagrania archiwalne (singlowa wersja Whisky River i Stranded w innym miksie) oraz 2 współczesne interpretacje - Whisky River i Rolling Home Again - fajne, ale bez szału. Książeczka niezła, choć komentarze do poszczególnych utworów dość skąpe.

Ocena: 3/5