Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1975. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1975. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 sierpnia 2020

Kraftwerk - Radioactivity (1975)

Data zakupu: 29 lipca 2020 roku

Mój ojciec jest z zamiłowania majsterkowiczem. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku była to nader przydatna umiejętność. W związku z tym w naszym mieszkaniu ojciec miał pracownię w której było mnóstwo różnych narzędzi, elementów budowlanych, ale też sporo rzeczy elektrycznych i elektronicznych. Fascynował mnie ten świat, choć okazało się, że mam raczej dwie lewe ręce do tego typu działań. Ponieważ ojciec fascynował się również różnego rodzaju sprzętami grającymi, stąd obcowałem często z magnetofonami szpulowymi i kasetowymi, gramofonami, mikrofonami i głośnikami. Jak jeszcze dorzucimy do tego jego zainteresowanie komputerami już od wczesnych lat 80. to spokojnie mogę powiedzieć, że dzieciństwo kojarzy mi się właśnie z takimi klimatami. Starych urządzeń grających, elektrycznych i elektronicznych.

Idealną ścieżką dźwiękową do takich wspomnień i klimatów jest właśnie ten album. Pełen tego typu dźwięków, które od razu kojarzą się z różnymi oscyloskopami, magnetofonami szpulowymi, radiostacjami, radiami itp. Album poświęcony zarówno radiu jak i radioaktywności. Z jego niesamowitą, mroczną atmosferą, charakterystyczną dla wczesnych eksperymentów z muzyką całkowicie elektroniczną. Nie brakuje tu też pięknych melodii (Radioactivity, Radioland, Airwaves, Antenna, Ohm Sweet Ohm), jak i mrocznych momentów (Radio Stars, Radioland). Są też klimatyczne przerywniki (Geiger Counter, Intermission, News, The Voice of Energy) a także kawałek, który spokojnie mógłby się znaleźć na niektórych płytach wykonawców z lat późniejszych, czyli Transistor. Piękny album.

Wydanie udało mi się zdobyć w wersji z angielskimi tytułami utworów. Na szczęście jest to jedyna płyta Kraftwerku na której niektóre utwory zostały zaśpiewane w dwóch językach (niemieckim i angielskim). Nie było osobnego wydania dla danego języka. Okładka bardzo pasująca do muzyki. Szkoda tylko, że to stare wydanie, więc we wkładce właściwie nic nie ma.

Ocena: 4/5

Single: Radioaktivitatet

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

sobota, 31 grudnia 2016

Budgie - Bandolier (1975)

Data otrzymania: 24 grudnia 2016 roku

I ostatni album w zestawie. Najkrótszy, ledwo 35 minut. W sumie dostajemy powtórzenie pomysłów z poprzednich albumów. Breaking All the House Rules to oczywiście mocarny riff i transowe powtarzanie go pod koniec utworu. Who Do You Want for Your Love? I Can't See My Feelings to klasyczne nagrania Budgie, nie wnoszące nic nowego, natomiast mdły I Ain't No Mountain to cover Andy Fairweather-Lowa - słabiutki. Na szczęście są dwa znakomite nagrania: Slipaway to jedna z ładniejszych ballad Budgie - spokojnie można ją postawić obok Parents i Young is the World. Natomiast dwuczęściowy Napoleon Bona part one & two to już świetne, transowo-boogie'owe granie z akustycznym początkiem. Co ciekawe, jest to jedyne wydanie CD na którym ten utwór został rozdzielony na dwie części, w dodatku ta druga to ostatnia minuta utworu - myślałem, że pierwszą częścią jest właśnie ten akustyczny wstęp...

Okładka Bandolier jest bardzo ładna, lubię ją oglądać. To chyba moja ulubiona okładka ich płyt. W środku znowu tylko dwa zdjęcia. Tej płyty nie miałem na kasecie, poznałem ją dużo później, już w erze Internetu.

Ocena: 3/5

Single: I Ain't No Mountain

Rozłożony kartonik

Środek kartonika

poniedziałek, 15 lutego 2016

Tangerine Dream - Rubycon (1975)

Data zakupu: 1 lutego 2016 roku

Rubycon to najlepszy album Tangerine Dream. Mroczny, klimatyczny, pełen ciekawych dźwięków i rozwiązań brzmieniowych. Niezłe melodie, pulsujący rytm... Wszystko, co w starym, dobrym TD było najlepsze. Phaedra ma dużo dobrych momentów, ale Rubycon to jeden wielki moment. W swoich poszukiwaniach doszli tutaj do maksimum, dlatego też kolejny album, Stratosfear był inny, dużo słabszy. Rubycon jest dokładnie taki jaki być powinien. Dźwięki sekwencera, melotronu, syntezatorów i innych instrumentów pięknie komponują się razem tworząc niesamowitą wizję. W kategorii el-muzyki to kamień milowy.

Wydanie z tej samej serii co pozostałe albumy nagrane dla Virgin. Okładka skromna, opisy skromne, wszystko skromne. 

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

środa, 29 lipca 2015

Rush - Caress of Steel (1975)

Data zakupu: 3 lipca 2015 roku

Z pierwszym okresem działalności zespołu Rush mam pewien problem. Uwielbiana i chwalona przez wszystkich płyta 2112 nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Debiut uważam za bardzo słaby, Fly by Night ma momenty, ale mało. Natomiast Caress of Steel podoba mi się najbardziej. Są i fajne riffy (The Necromancer, A Fountain of Lamneth), niezłe melodie, ciekawe pomysły. Niektórzy mówią, że płyta jest nudna. Dla mnie nie jest, szczególnie te długie fragmenty są naprawdę niezłe i to pomimo tego, że poszczególne części suity A Fountain of Lamneth są poprzedzielane ciszą. Ma to swój urok. Krótkie kawałki też są niezłe i nawet kojarzą mi się z późniejszymi dokonaniami Rush (szczególnie Lakeside Park). Fajny album.

Natomiast strona wizualna wypada bardzo słabo. Mało czytelna okładka, powtórzone nazwa zespołu i tytuł płyty na tylnej części okładki. Absolutnym skandalem są prawie nieczytelne napisy wewnątrz wkładki, bez lupy nie ma co podchodzić do czytania tekstów utworów.

Ocena muzyki: 3/5 | Spotify

Single: Lakeside Park

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

czwartek, 12 marca 2015

Yes - Yesterdays (1975)

Data zakupu: 11 marca 2015 roku

W związku z faktem, że zespół Yes w 1975 roku skupił się głównie na koncertowaniu, wytwórnia Atlantic postanowiła umilić fanom oczekiwanie na nowy album składanką Yesterdays. Składanką nietypową, bo skupiającą się prawie w całości na dwóch pierwszych albumach grupy (czyli Yes z 1969 roku i Time and a Word z 1970). Wybór dość niezły, bo zawierający jedynie autorskie nagrania zespołu i to te ambitniejsze. Czyli np. tytułowy z drugiego albumu, niezłe Then i Survival, czy przebojowe Sweet Dreams. Absolutnym rodzynkiem jest dla mnie jednak nagranie Astral Traveller, mocno przypominające to, z czego zasłynął zespół w późniejszych latach, czyli fajny riff, solowe fragmenty, zmiany brzmienia i nastroju... To dla mnie ogromny plus tej składanki. Drugim jest jedyne nagranie stworzone w okresie późniejszym niż dwie pierwsze płyty, czyli cover Paula Simona America. Świetne nagranie, już ze Steve'm Howe'm i Rickiem Wakemanem w składzie, idealnie pasujące do płyty Fragile (na którą to trafiło w wersji zremasterowanej). Ostatnim smaczkiem jest utwór Dear Father, dostępny wcześniej jedynie jako strona B singla Sweet Dreams. Ale w sumie mało wyróżniające się i niezbyt ciekawe.

Uwielbiam takie małe składaki, szkoda, że nie powstało ich więcej (a przynajmniej moi ulubieni wykonawcy takich nie wydawali). Posiadam wydanie z 2004 roku, zremasterowane brzmieniowo i z inną wkładką, niż to z początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Wkładka skromna, ale są za to teksty utworów i opis każdego z kawałków. Okładka autorstwa Rogera Deana też świetna, choć rewers kontrowersyjny, jak na dzisiejsze czasy - nagie dzieci. Goła baba z okładki nawiązuje do oryginalnej obwoluty Time and a Word.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

piątek, 27 września 2013

Black Sabbath - Sabotage (1975)

Data zakupu: 11 czerwca 2010 roku

Sabotage była pierwszą płytą klasyków heavy metalu jaką poznałem. Zakupiłem ją na pirackiej kasecie firmy Takt i przez długie tygodnie katowałem się tą muzyką bez opamiętania. Bardzo mi się podobała - i świetne riffy, i skomplikowane utwory i nośne refreny. A przejście między Hole in the Sky i Symptom of the Universe w postaci króciutkiego utworu Don't Start (too late) uważałem za mistrzostwo świata. W dodatku te świetne klawisze w Am I Going Insane (radio) i cichutki, nastrojowy basik na początku The Writ przerywany wrzaskiem Osborne'a... Wszystko to składało się na idealny album. Pewnym zgrzytem był jedynie utwór Supertzar, który dzięki obecności chóru i podniosłych klawiszy okazał się najsłabszym i najbardziej kiczowatym utworem na płycie. Tak było wtedy, ok. 20 lat temu...

A teraz? Nic się nie zmieniło! Nadal jest to mój ulubiony album Black Sabbath i ze wszystkim co napisałem powyżej nadal się w zupełności zgadzam. Kompozycje są świetne, pełne fajnych pomysłów i ciekawych zagrywek. A lśni w tym wszystkim diament w postaci Symptom of the Universe - klasyk w każdym calu.

Natomiast temat okładki może pomińmy milczeniem - to zdecydowanie najgorsza okładka ze wszystkich albumów Black Sabbath. W dodatku często ląduje wśród najgorszych okładek płytowych wszech czasów. W środku jest ciekawy artykuł o powstawaniu płyty, teksty, parę zdjęć i... nic więcej. Trochę szkoda, zdjęć mogłoby być więcej.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka - kiedyś myślałem, że gość w czerwonych gaciach to Osborne, a ten po prawej to Iommi. A tymczasem ten pierwszy to Ward, a ten drugi to Osborne. Iommi siedzi.

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

wtorek, 20 sierpnia 2013

King Crimson - USA (30th Anniversary Edition) (1975/2002)

Data zakupu: 1 października 2008 roku

Płyta USA długo nie była dostępna na CD, jednakże w połowie lat 90-tych pojawiła się ona na oryginalnej kasecie także w Polsce. Dzięki temu zostałem szczęśliwym posiadaczem białej kasety z czarną jak smoła okładką (dokładnie takiej). Radość była tym większa, że materiał okazał się być fantastyczny. Niby tylko 6 utworów, niby tylko niewiele ponad 40 minut, ale za to jaka muzyka!! Początek może dość średni, gdyż nigdy specjalnie nie przepadałem za Larks' Tongues in Aspic Part II czy Exiles, ale mimo to świetnie brzmią w wersji na żywo. A druga strona kasety, czyli Asbury Park, Easy Money i 21st Century Schizoid Man to już absolutne mistrzostwo świata. Asbury Park to jedna z najlepszych improwizacji na płytach KC, Easy Money, z mocno zmieniona końcówką powoduje niekontrolowany odpływ w nieziemskie klimaty. Natomiast Schizofrenik to najlepsza wersja jaką znam - zwłaszcza moment, kiedy gitary i skrzypce grają unisono, a Bruford wali w bębny jak szalony - majstersztyk. I nie przeszkadza mi, że większość partii skrzypiec dograł w studio Eddie Jobson - który nigdy nie był członkiem KC. Świetna płyta i tyle.

W wersji zremasterowanej są jeszcze 2 kawałki - Fracture i Starless. O ile ten pierwszy niewiele się różni od wersji ze Starless and Bible Black (w końcu także koncertowej), o tyle Starless jest mocno zmieniony - w końcu nie ma w nim saksofonu, jest za to więcej melotronu, no i skrzypce. I tak daje radę.

Wydanie zremasterowane w wersji 30th Anniversary Edition. Czyli sporo fajnych zdjęć, wycinków gazet i recenzji. 

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

wtorek, 18 czerwca 2013

Pink Floyd - Wish You Were Here (1975)

Data pierwszego zakupu: 1993 rok
Data ponownego zakupu: 14 czerwca 2013 roku

Kolejna płyta której się kiedyś pozbyłem i teraz nieoczekiwanie trafiłem na aukcję w świetnej cenie. Z tą płytą miałem na początku pewne przygody. Poznałem ją w okolicach 1992 roku na pirackiej kasecie Taktu. Pierwszy egzemplarz okazał się wadliwy - dźwięk płynął i falował, kompletnie nie dało się tego słuchać. Na szczęście w sklepie bez problemu wymienili mi ją nową. I dopiero wtedy mogłem się rozkoszować najlepszą płytą Floydów jaka powstała - w moim prywatnym rankingu 40 najlepszych płyt progrockowych umieściłem ją na drugim miejscu (po Red Crimsonów). 

To jeden z tych albumów, które nigdy się nie zestarzeją. Cudowne brzmienia syntezatorów, piękna gra Gilmoura na gitarze, doskonałe solo saksofonu Dicka Parry'ego... Wszystko to jest na tym albumie. A poza tym fenomenalny klimat - nic dziwnego, że to absolutnie kultowy album dla twórców ambientu - przestrzeni jest tutaj mnóstwo. A najsłabszym fragmentem płyty dla mnie jest utwór tytułowy - i to tylko dlatego, że w wersji nieautoryzowanego remiksu z 1994 roku jest on dużo lepszy!! Z dodanym stricte ambientowym tłem i dodatkowymi partiami syntezatora - to jest absolutny majstersztyk!! Szkoda, że Floydzi nie nagrali tej wersji...

Poprzednio miałem bardzo brzydkie wydanie amerykańskie, chyba z 1989 roku. Okładka była podobna, ale tło było obleśnie beżowe. Obecnie mam remastera z 1994 roku (z tej samej serii co posiadane przeze mnie wydanie The Dark Side of Moon) i jest to najładniejsze wydanie jakie widziałem - w normalnym pudełku, z estetyczną książeczką. Po prostu cudo. W dodatku dałem za nie jedynie 21 zł - lepiej być nie mogło.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek - nadruk na CD jest najsłabszym elementem designu

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7