Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 60s. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 60s. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2026

Can - Monster Movie (1969)

Data zakupu: 30 maja 2026 roku

To mój ulubiony album Can. 4 utwory, z czego jeden zajmował całą stronę winyla. Zaczyna się dynamicznie, Father Cannot Yell ma ponad 7 minut i jest bardzo mocny. Mary, Mary So Contrary to taka typowa dla lat 60-tych ballada, tylko zagrana jakoś wyjątkowo wolno. A Outside My Door fajnie zapowiada to co będzie normą na późniejszych płytach - krótki, rockowy kawałek. Natomiast najlepszym nagraniem jest Yoo Doo Right. 20 minut powolnego beatu, mocnego basu, "kwaśnej" gitary i szalonych organów. Do tego mantrowy wokal Malcolma Mooney'a - całość robi wrażenie czegoś absolutnie niesamowitego. Na pewno nikt wtedy tak nie grał.

Okładka jest super. W środku standard - esej, zdjęcia, opisy. Wydanie zremasterowane z tej samej serii co Future Days.

Ocena: 2/5










poniedziałek, 2 grudnia 2024

King Crimson - In the Court of the Crimson King (30th Anniversary Edition) (1969/2004)

Data zakupu: 30 listopada 2024 roku

I kolejna reedycja. Jak zwykle - dźwięk zremasterowany i nowa książeczka. Fajne zdjęcia, fajne skany, fajnie, że na samym środku są teksty (choć strasznie małe). Muzycznie - nadal świetne, choć Moonchild jest nudny jak zawsze. Stąd niższa ocena.

Ocena: 4/5

 


piątek, 5 stycznia 2024

Pink Floyd - A Saucerful of Secrets (1968)

Data zakupu: 3 stycznia 2024 roku

Bardzo ciekawy album, można powiedzieć, że trochę "przejściowy". Syd Barrett odchodzi, David Gilmour wchodzi - o tej zamianie napisano już wszystko. Jako, że nie lubię okresu Barrettowego, tak więc uważam Jugband Blues za najsłabszy na płycie - trącący mocno latami 60-tymi i tymi wszystkimi psychodelicznymi piosneczkami, które wtedy były popularne. Podobnie nie bardzo podchodzą mi See-Saw i Corporal Clegg - też takie sobie nagrania. Ale dużo lepiej jest z pozostałymi nagraniami. Psychodeliczną piosneczką jest także Remember a Day Ricka Wrighta, ale ma sporo uroku i ładną melodię. Ciekawostką jest to, że Wright śpiewa w aż 4. z 7. nagrań na płycie, w tym dwa razy główny wokal (w Remember a Day i See-Saw). Na żadnym z albumów nie znalazło się aż tyle jego wokalnych popisów.

Na osobne wyróżnienie zasługują trzy utwory:
1. Let There Be More Light - mój absolutny faworyt, świetny riff, doskonała zwrotka, fajny refren i ta solówka gitarowa na końcu - uwielbiam ten kawałek i uważam, że został potraktowany bardzo po macoszemu przez zespół - nie ma go na żadnym ze składaków... A powinien być.
2. Set the Controls for the Heart of the Sun - jeden z najsłynniejszych utworów Watersa, jedyny na płycie zawierający udział wszystkim 5. muzyków tego przejściowego okresu. Mroczny, tajemniczy, mocno psychodeliczny, bardzo klimatyczny. 
3. No i oczywiście A Saucerful of Secrets - utwór potęga, utwór, który wszystko zmienił, utwór, który, według mnie, stworzył krautrocka (wiele niemieckich nagrań z początku lat 70-tych przypomina właśnie ten kawałek). Dość zwariowany na początku, transowy w środku i piękny na końcu. Nie do opisania. W dodatku bez śpiewanych słów - tylko wokaliza na końcu... Za ten kawałek należy się conajmniej jeden dodatkowy punkt. Bo jako całość płyta średnio się broni - jak to u Floydów.

Wydanie mam oczywiście zremasterowane z 1994 roku. Fajna wkładka, choć irytuje mnie całkowity brak opisu kto, co, kiedy i jak. Tylko teksty utworów. Okładka niezła.

Ocena: 2/5














piątek, 3 września 2021

Pink Floyd - Ummagumma (1969)

Data zakupu: 10 sierpnia 2021 roku

Płyta Ummagumma cierpi z powodu założeń zespołu, żeby się pokazać z innej strony. Po pierwsze mamy podział na część koncertową i część studyjną (co akurat nie jest złym założeniem). Natomiast fakt, że część studyjna jest dużo słabsza niż koncertowa już stawia pod znakiem zapytania sens wydawania tych studyjnych wypocin. Ale wtedy modne były takie rzeczy (vide Fragile Yes).

Płyta live zawiera kwintesencję tego co się działo wtedy na koncertach Pink Floyd. Utwory są długie, rozbudowane, momentami rozimprowizowane i po prostu znakomite. Szkoda, że nie wydali samej koncertówki wtedy, miałaby ona lepszy odbiór. No i szkoda, że są tylko 4 utwory - jakby dorzucili drugą płytę z np. Green is the Colour, Interstellar Overdrive czy Cymbaline, nikt by się nie pogniewał.

Płyta studyjna podzielona jest na cztery części - każdy z muzyków sam nagrał własną część. Oprócz Rogera Watersa mamy w zasadzie po jednym utworze na łebka, jedynie formalnie podzielone na części. Sysyphus, utwór Ricka Wrighta opiera się na oczywiście na brzmieniach klawiszowych (mnóstwo patosu i zwykłej nudy). The Narrow Way Davida Gilmoura to prawie same gitary (tylko trzecia część ma wokal i perkusję) i jest to najlepsze nagranie na płycie - ciekawe brzmieniowo i konstrukcyjnie, w części wokalnej frapujące świetną melodią. Waters przedstawił akustyczną balladę Grantchester Meadows z odgłosami natury w tle - bardzo ładną, to jeden z lepszych jego kawałków. Drugie nagranie to już eksperyment studyjny - wyłącznie głos Watersa przetworzony na wiele sposobów, tworzący część rytmiczną, melodyczną i wokalną. Ciekawe nagranie. Najsłabiej wypada perkusyjny utwór Nicka Masona, okraszony intrem i outrem na flecie. Nudy maksymalne, nie da się tego prawie słuchać. Przynajmniej na tej płycie od razu widać, że Gilmour i Waters byli obdarzeni największym talentem.

Udało mi się upolować remaster z 1994 roku, na którym mi zależało. Fajny patent z okładką, jeden z lepszych w historii zespołu. W środku książeczki z opisami i zdjęciami oraz plakat. Ładne wydanie.

Ocena: 5/5 (koncert) / 3/5 (studio)