Pokazywanie postów oznaczonych etykietą box. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą box. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2026

Oceansize - Frames (deluxe edition) (2008)

Data zakupu: 29 lipca 2026 roku

Tak, jak napisałem w recenzji wersji w digipaku, postanowiłem dokupić do kolekcji to wydanie. W sumie DVD nie jest takie złe, a wydanie dość ładne, co widać poniżej. Muzyka ta sama, tyle, że bez bonusa. Wydanie w pudełku, w którym znalazłem płytę CD w zwykłym pudełku, płytę DVD w kartoniku oraz naklejkę z logo zespołu. W kartoniku z DVD znajduje się karteczka z opisem - oczywiście, tak jak i książeczka w pudełku z płytą CD, wszystko jest napisane błyszczącymi literami na matowym tle - w tym samym kolorze. Ciężko to czytać...

Ocena: 3/5

 

środa, 19 października 2022

Yes - Yesstory (1992)

Data zakupu: 11 października 2022 roku

Album od którego zaczęła się moja przygoda z Yes. Właściwie to miałem dwie kasety w wydaniu Taktu - pomimo tego, że album wydano na trzech kasetach - trzeciej nigdy nie zdobyłem. Poznałem więc na początku tylko nagrania z całego dysku pierwszego oraz Ritual i Soon z drugiego. Nie miało to dużego znaczenia, gdyż zachwycony twórczością zespołu - szczególnie nagraniami Close to the Edge, Heart of the Sunrise i Ritual - Nous Sommes du Soleil - zacząłem jak szalony wypożyczać z wypożyczalni płyt CD kolejne albumy - od Yes do Union. To była jazda...

A teraz uważam, że ten składak to bardzo dobry wybór nagrań Yes. Nie brakuje niczego z albumów od debiutu do Big Generator z 1987 roku. Są te najważniejsze jak Roundabout, Heart of the Sunrise, Starship Trooper, Close to the Edge, Going for the One czy Wonderous Stories. Wybór utworu Ritual z Tales from Topographic Oceans uważam za doskonały - nie ma na tamtej płycie lepszego nagrania. Nie brakuje też nagrań bardziej przebojowych jak Time and a Word, Soon, I've Seen All Good People, Don't Kill the Whale, Wonderous Stories czy w końcu megahitu Owner of a Lonely Heart. Jedynym minusem może być to, że płyty CD nie zostały zapchane w całości - każdy dysk trwa mniej niż 70 minut.

Wydanie w tzw. "fat boksie" - kiedyś tak się wydawało nawet dwu-płytowce. W środku skromna książeczka, no i nic więcej. Plusem jest oryginalny rysunek Rogera Deana stworzony specjalnie dla wydawnictwa Yesyears z 1991 roku - był to 4-płytowy, przekrojowy boks, zawierający jeszcze więcej nagrań - Yesstory to jego skrócona wersja.

Ocena: 2/5










 

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Various Artists - Rocket Fuel (1996)

Data zakupu: 23 marca 2022 roku

Kolejny składak z wytwórni Middle Earth Recordings (w logo wytwórni jest Ent!). Tym razem mniej dubu, za to więcej breakbeatu i zwykłego techno. Pojawiają się nawet wykonawcy rockowi (The Charlatans, gościnnie Mark E. Smith z zespołu The Fall, Wolfgang Press) oczywiście w remiksach. Więcej mocnych uderzeń na pierwszej płycie, więcej klimatycznych nagrań na drugiej płycie. Dobór nagrań ponownie znakomity, całość brzmi naprawdę doskonale, utwory pasują do siebie bardzo dobrze. Takie powinny być składanki - płynne, miłe w słuchaniu, bez większych wpadek.

W przeciwieństwie do pierwszego Dubnology tutaj lubię zdecydowaną większość nagrań. Są świetnie bujające kawałki (T. Power, Black Star Liner, Purr, Dr. Rockit czy Ramshackle), nie brakuje też dubu (The Fire This Time, Wolfgang Press w remiksie Sabres of Paradise, Funki Porcini), jest też trochę world music (Bob Holroyd), no i mocniejszych beatów (The Charlatans w remiksie Chemical Brothers, Fatboy Slim, Scorn w miksie Meat Beat Manifesto). Sporo wykonawców mało znanych, z małym dorobkiem (Beamish & Fly, A.P.E., Aubrey Pasternak), choć z ciekawymi nagraniami. 

Okładka kontynuuje tradycję z poprzedniego składaka - jest kolorowo i kosmicznie. W książeczce ponownie opisy zespołów, choć, co dziwne, brakuje opisu Environmental Science, Dr. Rockit i Ramshackle. Wydane w ciekawym pudełku, z plastikowymi wytłoczkami (mam już takie pudełka - Asylum i Toxygene zostały w takich wydane). Książeczka jest włożona luzem.

Ocena: 3/5 









Reklama pierwszego składaka





poniedziałek, 10 stycznia 2022

Prince - Emancipation (1996)

Data zakupu: 5 stycznia 2022 roku

Ciekawostka - jest to jedyny album (nie liczę Crystal Ball, bo nie był dostępny w Polsce) Prince'a z lat 90-tych którego w ogóle nie miałem na żadnym nośniku. Jedynie kolega mi pożyczył, posłuchałem i mu oddałem. Album monumentalny (3CD, 180 minut muzyki!), ale zarazem mało urozmaicony. Właśnie objętność była czymś, co odrzucało mnie od tej płyty w roku jej wydania. Zwłaszcza, że słuchałem go z kasety, więc ogarnięcie tego to był wyczyn. Wróciłem do tej płyty dopiero niedawno i okazało się, że jest tam parę niezłych fragmentów.

Pierwsza płyta CD to typowy Prince z tamtych lat - jest sporo funku, są elementy jazzowe, nie brakuje ballad i mocniejszych uderzeń. Całość jednak nie przekonuje, szczególnie, że zdarza się sporo słabszych nagrań (White Mansion, Get Yo Groove On, Courtin' Time, We Gets Up, Somebody's Somebody, Mr. Happy). Właściwie fajnych kawałków jest kilka - otwierający Jam of the Year, pierwszy cover umieszczony na płycie Prince'a czyli Betcha by Golly Wow!, drugi cover I Can't Make You Love Me czy wieńczący płytę In This Bed I Scream. Przeważają jednak słabsze rzeczy.

Druga płyta CD jest zdecydowanie gorsza. Na 12 piosenek, aż 8 z nich to ballady! Całość nuży i powoduje, że powieki same się zamykają. Nie pomagają też słabe utwory dynamiczniejsze - Emale irytuje głupawym refrenem, Joint 2 Joint trwa prawie 8 minut a niewiele się w nim dzieje. Lepiej wypada singlowy The Holy River - bardzo przyjemny kawałek. Spośród tych 8 ballad bardzo lubię też Friend, Lover, Sister, Mother/Wife - świetna pościelówa. O reszcie można zapomnieć.

Natomiast płyta nr 3 jest zaskakująco dobra! Właściwie Prince mógłby tylko ją wydać i byłoby spoko. Tylko 2 ballady (w tym jedna z najlepszych w jego karierze, The Love We Make), reszta jest albo bardzo taneczna (house w The Human Body!), albo po prostu interesująca (Da, Da, Da, co prawda z rapem, ale fajnie buja; Style, Emancipation, Sleep Around, New World). Bardzo lubię też My Computer z gościnnym udziałem Kate Bush (prawie nic jej nie słychać, niestety), a nawet przeróbkę One of Us. Ze słabszych kompozycji mogę wymienić tylko Face Down, Slave i kolejny cover La La La Means I Love U - ale i tak pasują do całości.

Wydanie w dużym pudełku z grubą książeczką. Szkoda, że zamiast kiczowatych grafik i zdjęć nie ma tekstów utworów. Fajne są za to przezroczyste uchwyty na płyty CD.

Ocena: 2/5

Single: Betcha by Golly Wow!, The Holy River, Face Down