Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1988. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1988. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2024

Yello - Flag (1988) - wersja niezremasterowana

Data pierwszego zakupu: miliony lat temu, ale raczej ok. 1990 roku
Data ponownego zakupu: 3 stycznia 2024 roku 

To tylko sentyment. Stare wydania płyt mają swój urok i jednak źle, że się jej pozbyłem lata temu, po zakupie wersji zremasterowanej. Więc jest ponownie. Co prawda inne wydanie niż miałem wtedy - to ma kolorowy nadruk na płycie CD i lekko inną wkładkę. Ale i tak wygląda fajnie.

Ocena: 5/5








piątek, 18 października 2013

Prince - Lovesexy (1988)

Data zakupu: 10 stycznia 2011 roku

No i wreszcie, po 22 latach od poznania tego albumu, właściwie pierwszego w mojej kolekcji, zakupiłem go na płycie kompaktowej. W sumie dobrze, że trochę poczekałem, ponieważ pierwsze wydania tej płyty (przynajmniej te wydane w USA, a na początku lat 90-tych często łatwiej było dostać takie wersje) zostały wytłoczone z jednym trackiem - cały album to jeden utwór o długości ok. 46 minut. Był to zabieg celowy, aby słuchać płyty jako całości, bez przerw między utworami. Oczywiście posiadam wydanie już z podzielonymi kawałkami - obecnie chyba już się nie tłoczy tamtej wersji. 

Album poznałem mając 13 lat i zrobił na mnie powalające wrażenie. Na początek ambientowe intro (samplowane m.in. przez The Future Sound of London) i skoczny, funkowy kawałek Eye No, po tym hicior Alphabet St. - to już typowo nietypowy kawałek Prince'a, z wyjątkowo połamaną perkusji i słynnym "biciem" na gitarze - tego trzeba posłuchać (również często samplowany, np. przez Nine Inch Nails). Następnie bardziej tradycyjny kawałek Glam Slam z jakże wspaniałym zakończeniem - najpierw jest świetny fragment syntezatorowo-perkusyjny, aż w końcu zostaje sam syntezator imitujący trochę granie na organach. Po tym następuje utwór, którego kiedyś nie lubiłem - Anna Stesia - uznawana przez fanów za jedną z najlepszych ballad Księcia jaką nagrał - dość rockowa. Dance On, z dziwnym metrum, nawet jak na Prince'a wyjątkowo połamany rytmicznie, jest tylko wprowadzeniem do piosenki tytułowej, w której dzieje się tak wiele, że momentami człowiek jest aż zalewany dźwiękami (i tekstem). Świetna gitara. Gwałtowne przejście do When 2 R in Love - drugiej ballady na płycie, bardzo tradycyjnej, w klimacie Sign'O'The Times. I Wish U Heaven to początek genialnej końcówki płyty - łagodny, "niebiański" utwór. Positivity zaś to jeszcze jeden mocno eksperymentalny brzmieniowo utwór - ze względu na różne partie perkusji dzielący się na dwie części. Absolutny majstersztyk. Cóż, na pewno nie jestem obiektywny w stosunku do tej płyty. Ale obiektywnie można powiedzieć, że to ostatni naprawdę genialny album Prince'a - nigdy później nie wzniósł się na takie wyżyny artystyczne.

Natomiast okładka płyty, razem z albumami Prince (z 1979 roku) i Dirty Mind (z 1980) regularnie zajmuje jakieś miejsce w rankingach na najgorsze okładki płyt wszech czasów. Doprawdy goły Prince siedzący na kwiatku wygląda idiotycznie - dobrze, że nie muszę na niego patrzeć cały czas. Reszta to już Warnerowy standard wydawania płyt Księcia - teksty utworów na białym tle... Trochę opisów i tyle.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Single: Alphabet St., Glam Slam, I Wish U Heaven

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Dead Can Dance - The Serpent's Egg (1988)

Data pierwszego zakupu: 1994 rok
Data ponownego zakupu: 16 sierpnia 2013 roku

Kolejna zaległość, którą już kiedyś miałem. The Serpent's Egg to był pierwszy album DCD jaki usłyszałem i, co ciekawe, moim ukochanym utworem po pierwszym przesłuchaniu został kawałek Mother Tongue - bardzo "plemienny", z dużą ilością świetnych partii perkusyjnych i nastrojową drugą częścią, kiedy bębny niosą się pogłosem, a Lisa w tle coś tam wokalizuje... Poza tym uwielbiam kawałki Brendana - Severance, In the Kingdom... czy Ullyses. Słynny The Host of Seraphim robi wrażenie, ale wokal Lisy wydaje mi się zbyt wykrzyczany. Natomiast Chant of the Paladin to jakaś pomyłka - przez prawie 4 minuty mamy tu w kółko powtarzany ten sam motyw. Żadnych zmian bez cały utwór - to chyba najbardziej nudny kawałek DCD w historii. Nie zmienia to faktu, że jest to jedna z moich ulubionych płyt zespołu.

Podoba mi się minimalizm wydania - właściwie dwa zdjęcia, teksty i krótki opis. Co ciekawe, nie zdawałem sobie sprawy, że Song of Sophia posiada jakiś angielski tekst. Pierwotnie miałem wydanie 4AD, obecnie jest to nasze, polskie wydanie Sonica - różnic nie zauważam.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

czwartek, 25 lipca 2013

Yello - Flag (1988)

Data zakupu remastera: styczeń 2007 roku

Ten album powinien się pojawić na samiuśkim początku bloga. To chyba była druga, albo trzecia płyta CD jaka pojawiła się w naszym domu. A wszystko przez fascynację mojego ojca utworem The Race. Tak mu się on podobał, że, kiedy już w sklepach pojawiły się płyty CD, natychmiast zakupił album z tym utworem, czyli właśnie Flag. Co ciekawe było to wydanie amerykańskie, oczywiście używane - w tamtych czasach do sklepów często sprowadzano płyty używane, bo przecież oficjalne kanały dystrybucji jeszcze nie istniały (był to gdzieś 1990 rok). Wtedy już zaczynałem się interesować muzyką i również mnie The Race bardzo się podobał. No, a na płycie mamy jego długą, 8-minutową wersję...

Niemniej uważam ten album za przygotowany bardzo na chybcika. Świadczą o tym dwa fakty. Po pierwsze premierowych utworów jest zaledwie 7 - dwa ostatnie kawałki na oryginalnym CD to były remiksy utworu Tied Up. A po drugie - wszystkie single są tutaj w długich wersjach - czego zespół wcześniej nie praktykował. Wyjątkiem jest The Race, którego 12 calowa wersja (dodana na końcu remastera) trwa ponad 13 minut. Wydaje mi się, że po sukcesach utworów Oh Yeah i The Rhythm Divine w 1987 roku wydawca mocno cisnął zespół na stworzenie nowego, przebojowego albumu. No i się udało - The Race to oczywiście najbardziej znany utwór Yello, chyba jako jedyny do dzisiaj puszczany w różnorakich radiach. Zresztą zasłużenie - świetny beat, genialny temat kawałka, mnóstwo tematycznych sampli, fajna melodia, wyrazisty wokal Meiera... No i ten wyjątkowy aranż kawałka, tak charakterystyczny dla Yello. Poza tym mamy równie fajny utwór Tied Up oraz jego fantastyczne rozwinięcie w postaci Tied Up in Red. Trzecia wersja, czyli Tied Up in Gear jest już całkiem inna - z ostrymi partiami gitary i szybszym tempem - nieźle wieńczy album. Są też ballady - Of Course I'm Lying - mocno dyskotekowa pościelówa, z brzmieniami rodem prawie z italo disco oraz piękna Otto di Catania. O disco zahacza też wyjątkowo kiczowaty kawałek Blazing Saddles śpiewany przez Borisa Blanka - mogłoby go nie być. Oczywiście nie brakuje też ambientu - Alhambra doskonale wpisuje się w dotychczasową historię tego typu utworów. Intrygująco wypada za to 3rd of June - mroczny, tajemniczy, pozbawiony piosenkowej struktury - ciekawy eksperyment. 

Flag jako jedyny album spośród 6 remasterów z 2005 roku zawiera ingerencję w pierwotną warstwę dźwiękową. Utwory Tied Up in Red i Tied Up in Gear zostały połączone ze sobą - jeden przechodzi w drugi i to dość szybko - dzięki temu Tied Up in Red skrócił się o ponad 20 sekund. Co gorsza - Tied Up in Gear połączony jest również z remiksem The Race z 1999 roku!! A to już jest absolutny skandal. Częściowo rozumiem dołączenie tego miksu do płyty (miks autorstwa Blanka), choć stylistycznie nie pasuje tu wcale, ale łączenie go z utworem starszym o dekadę to już jest przesada. W dodatku bonusów jest bardzo mało - oprócz wzmiankowanej już 13-minutowej wersji The Race jest tylko taki sobie kawałek Wall Street Bongo, strona B singla Tied Up. I tyle.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Single: The Race, Tied Up, Of Course I'm Lying

Okładka

Tył

Bok

Rozłożony digipak

Wnętrze digipaka

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

niedziela, 5 maja 2013

Jane's Addiction - Nothing's Shocking (1988)

Data zakupu: 8 maja 1997 roku

Kolejna pozycja mocno katowana przeze mnie na kasecie na początku lat 90-tych (chyba w 1994 roku). Dość nietypowa jak dla mnie, bo hard rockowa, a jest to gatunek za którym niezbyt przepadam, choć miałem z nim styczność już wcześniej, głównie dzięki Guns N'Roses. Jednakże, co będzie widać w przypadku moich późniejszych zakupów, chyba lubię ostre gitarowe granie połączone z wysokimi, męskimi głosami (choć Led Zeppelin mnie nie przekonuje). W każdym razie Jane's Addiction poznałem w 1990 roku, kiedy w radiu puścili ich największy przebój Been Caught Stealing. To szczekanie psa na początku utworu mnie zaintrygowało. Ale to akurat z innej płyty. Wcześniej wydali Nothing's Shocking - ich najlepsze dokonanie.

Bardzo podoba mi się różnorodność materiału i to pomimo tego, że utworów nie ma dużo, a całość trwa przepisowe 45 minut. Jest i przebojowo (Ocean Size, Had a Dad, Standing in the Shower... Thinking), jest balladowo (Summertime Rolls, Jane Says), jest i progrockowo (Ted, Just Admit It..., Up the Beach), mamy także odrobinę funku (Idiots Rule), a na koniec jeszcze jeden hard rockowy kawałek z genialną solówką gitarową (Pigs in Zen). Absolutnie porywająca płyta.

Wydanie zwykłe, ale bardzo ładnie zaprojektowane. Czarno-białe zdjęcia bardzo fajne, jedynie mało czytelne teksty dają się we znaki. Nadruk na CD wyjątkowo prosty - taki urok płyt wydanych w tamtych latach.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

środa, 17 kwietnia 2013

Voo Voo - Sno-powiązałka (1988)

Data pierwszego zakupu: 9 listopada 1994 roku
Data ponownego zakupu: listopad 2008 roku

Nie jestem wielkim fanem polskiej muzyki i nigdy nie byłem. Nie odpowiada mi taka muzyka - choć, oczywiście, są od tego wyjątki. Pierwszym polskim zespołem, który mnie zainteresował na poważnie było Voo Voo. Spodobała mi się nietypowa muzyka (dotyczy twórczości z lat 80-tych), intrygujące teksty i sporo ciekawych efektów dźwiękowych. Przygodę z Voo Voo zacząłem nietypowo - od płyty Koncert w Łodzi. I jakoś tak się wciągnąłem w ten świat...

Sno-powiązałka to niejako koncept album. Jest o snach, co zresztą sugerują tytuły (Senator, Ursenów, Zasnuty), a muzycznie to rzecz wielka. Zaczyna się od transowości (prawie 9-minutowy Zasnuty), potem jest też świetny fragment akustyczny (Snardz) i kolejny trans (Mantra). Nad całością górują gitara i wokal Wojciecha Waglewskiego - a jest on naprawdę świetnym gitarzystą. Całość psuje czasami jedynie saksofon Mateusza Pospieszalskiego (zwłaszcza w jarmarcznym Ja żyję), nie lubię jego sposobu gry. Na szczęście tutaj jest go jeszcze niewiele...

Wydanie zremasterowane z XXI wieku. Pierwsza wersja jaką miałem, w wydaniu Digitonu miała jeszcze reprodukcję różowego bohomazu w środku. O dziwo, remaster nie ma w środku nic... Puste strony. W dodatku ma przezroczysty tray, pod którym również nic nie ma. Trochę biedne wydanie...

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył - oryginalny tył był inny

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki - cudowne, białe strony