Pokazywanie postów oznaczonych etykietą digipak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą digipak. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2026

Gong - Bright Spirit (2026)

Data zakupu: 7 kwietnia 2026 roku

Najnowszy album zespołu Gong, wydany w dniu 13 marca tego roku. Według zespołu to trzeci tom trylogii, zapoczątkowanej albumem The Universe Also Collapses i kontynuowanej na Unending Ascending. W sumie nic nowego, choć pewną nowością są tribalowe dźwięki rozpoczynające album. Zresztą pierwsze 4 utwory są najlepsze na płycie, szczególnie instrumentalny Mantivule, czarujący ciekawą partią gitary, dynamiczny i pełen solówek. Niezły jest też Dream of Mine, ponad 10-minutowy, mocno progresywny. Singlowe The Wonderment - okraszone zapętlonym motywem syntezatorowym i natchnionym wokalem oraz Stars in Heaven - jedna z niewielu piosenek na płycie - to bardzo ładne przykłady fajnych melodii i chwytliwych motywów. Troszkę słabiej robi się pod koniec. Fragrance of Paradise jest dość nijaki i ciągnie się niemiłosiernie (prawie 8 minut). Lepsza jest ballada Relish the Possibility, choć może za krótka. Album kończy dynamiczniejszy kawałek Eternal Hand - też dość nijaki. Ale słucha się tego nawet nieźle - choć 2 poprzednie albumy podobały mi się bardziej.

Wydanie ładne, kolorowe. W środku książeczka z tekstami oraz obowiązkowa wkładka promocyjna Kscope. Dobrze, że album wydano w digipaku, a nie w okropnym kartoniku, jak to teraz modne.

Ocena: 2/5

 

czwartek, 12 marca 2026

Meat Beat Manifesto - Storm the Studio R.M.X.S. (2003)

Data zakupu: 7 marca 2026 roku

Bardzo interesujący zestaw remiksów. Storm the Studio to debiutancki album MBM, wydany w 1989 roku, a więc 14 lat przed tym zestawem. Zbiór mocno eklektyczny, choć bliżej mu do awangardowej elektroniki niż mainstreamu. Nie brakuje drum'n'bassu, dubu, breakbeatu, poszarpanych rytmów, drone'owych noise'ów itp. odlotów. Są tutaj tak znani remikserzy jak Merzbow, Scanner, DJ Spooky, Jonah Sharp (znany bardziej jako Spacetime Continuum) czy D.H.S. Ok, może znani wyłącznie miłośnikom gatunku, ale nie obcy dla mnie. Obcy to są inni np. Komet, Norcq, The Opus czy Eight Frozen Modules. Ale to przecież bez znaczenia - liczy się muzyka.

Okładka dziwna, nawet jak na MBM-owe warunki. Cały opis i spis utworów znajduje się pod tray'em. Nie ma nigdzie ani nazwy zespołu ani tytułu płyty - a to dlatego, że w oryginale znajdowała się ona na naklejce, której brak w moim, używanym, egzemplarzu. I tak mam szczęście, bo ten album chodzi za bardzo wysoką cenę na rynku, a ja dałem jedynie 60 zł.

Ocena: 2/5

 



środa, 4 marca 2026

Laika - Wherever I Am I Am What is Missing (2003)

Data zakupu: 19 lutego 2026 roku

Drugi album Laiki, który mi się podoba. I w dodatku ostatni - zespół rozwiązał się po jego wydaniu. Podoba mi się w nim przede wszystkim minimalizm - w wielu fragmentach mamy samą perkusję i wokal. Choć trzeba przyznać, że perkusista gra naprawdę ciekawe rzeczy - kombinuje mocno, zarówno z rytmiką jak i brzmieniem. A wokal Margaret Fiedler jest nieziemski przez cały album - melodie są czasem zaskakująco chwytliwe (Girls without Hands, Diamonds & Stones, Oh). Dodatkowo mamy delikatny akompaniament innych instrumentów - głównie organów Fender Rhodes, ale nie brakuje też gitar, no i wyrazistego basu w większości nagrań. Cała płyta ma niesamowity klimat i przelatuje dość szybko. Nie jest to oczywiście nic wielkiego, ale nie ma też irytujących fragmentów.

Wydanie bardzo ciekawe - digipak i ksiażeczka są na czerpanym papierze, bardzo nierównym i matowym. Fajna okładka.

Ocena: 2/5 







sobota, 28 lutego 2026

Amplifier - Insider (2006)

Data zakupu: 19 lutego 2026 roku

To chyba (obok Hologram z 2023 roku) najsłabsza płyta Amplifiera. Niby jest ogień, są riffy, są melodie, ale całość jest jakaś taka... nie zapadająca w pamięć. Aczkolwiek po wielokrotnym przesłuchaniu odnajduję tu dobre momenty. Oczywiście najlepiej wypadają dwa pierwsze utwory - instrumentalne intro w postaci Gustav's Arrival - 4 minuty świetnego łojenia - oraz pierwszy wokalny utwór O Fortuna, ze znakomitym riffem, bardzo przypominający debiut. Mamy też znakomity singiel Procedures - doceniłem go dopiero teraz, nie wiem czemu, bo jest naprawdę dobry, ze świetnym riffem. Podoba mi się też końcówka płyty - Hymn of the Aten z melancholijnym wokalem i bardzo Soundgardenowy Map of an Imaginary Place. Nieźle wypada także utwór tytułowy - choć tym razem kojarzy mi się z zespołem Rush. Z resztą jest już różnie - niektóre kawałki trącą banałem (Elysian Gold, Strange Seas of Thought, R.I.P.), niektóre są lepsze, ale jakieś takie bez wyrazu (Mongrel's Anthem, What is Music?). W sumie dość nierówna płyta...

Wydanie w digipaku z książeczką, w której mamy teksty do nagrań. Design jednakże taki sobie...

Ocena: 2/5 










środa, 25 lutego 2026

Motorpsycho - The Crucible (2019)

Data zakupu: 18 lutego 2026 roku

Rok 2019 był dla mnie magiczny - mnóstwo znakomitych płyt się wtedy ukazało. Niestety, jak na razie, jest to ostatni taki rok - gdzie więcej niż 5 naprawdę dobrych płyt mnie zachwyciło. The Crucible ukazał się na początku roku i był trochę zaskoczeniem - tylko 3 nagrania, okładka nawiązująca do poprzedniej, również dobrej, płyty The Tower. Album otwiera znowu znakomity riff, utwór trwa ponad 9 minut i nie nudzi ani przez chwilę - typowe granie w stylu Motorpsycho, czyli dobry wokal, fajne riffowanie, zmiany rytmu, transowe fragmenty, całość w sosie retro-rockowym. Kolejne nagranie, balladowe Lux Aeterna, jest już słabsze, głównie melodia mi się nie podoba. Na szczęście ma swoje momenty, choć ja bym go skrócił - trwa ponad 10 minut. Na końcu znajduje się utwór tytułowy - podobnie jak Psychotzar ma to co tygryski lubią najbardziej, tylko w dłuższej formie - ponad 20 minut. Płyta przelatuje dość szybko i jest naprawdę dobrym uzupełnieniem The Tower.

Okładka ciekawa, bo innego autora niż zwykle. W środku digipaka brakuje książeczki, informacje są  zamieszczone tym razem także pod płytą.

Ocena: 2/5 






sobota, 21 lutego 2026

Motorpsycho - Little Lucid Moments (2008)

Data zakupu: 18 lutego 2026 roku

Bardzo interesujący album norweskiego Motorpsycho. Tylko 4 utwory, ale za to godzina muzyki! Pierwszy jest utwór tytułowy - ponad 21 minut! A dzieje się w nim niesamowicie dużo, tempo jest dość szybkie, poszczególne fragmenty idealnie przechodzą jeden w drugi, riffy są naprawdę dobre. Najlepszy utwór na płycie. Potem mamy Year Zero - ballada, jedyny utwór z płyty za którym nie przepadam. She Left on the Sun Ship ma absolutnie znakomity riff gitarowy, który przez pół utworu ciągnie piosenkę, aby na następnie przez kolejne pół kawałka rozmarzyć się psychodelicznie i bez perkusyjnie - świetny kawałek. Ostatni, czyli The Alchemist, to znowu znakomite riffy, szybkie tempo i świetny wokal. Cała płyta jest jedną z ich najlepszych.

Wydanie w digipaku, bez książeczki. Pod płytą nic nie ma, wszystkie opisy są na jednej ze stron. Design, niestety, jak to w przypadku Motorpsycho, beznadziejny.

Ocena: 3/5 





środa, 18 lutego 2026

Gong - Zero to Infinity (2000)

Data zakupu: 5 lutego 2026 roku

Album, który poznałem dopiero w zeszłym roku. I żałuję, że tak późno - to bardzo dobra rzecz. Gong powraca do brzmień znanych z lat 70-tych, ale zarazem tworzy dźwięki bliższe czasom współczesnym (wtedy). Mamy więc bezpośrednie nawiązanie do płyty You - Invisible Temple to prawie brat bliźniak The Isle of Everywhere - długi, pełen saksofonowych i gitarowych solówek, ze znakomitym basem i lekką perkusją, czarujący klimatem - jedno z lepszych nagrań na płycie. A propos saksofonu - mamy tu obecnych aż dwóch saksofonistów - jest Didier Malherbe oraz Theo Travis. Zresztą w ogóle skład zespołu jest zacny i mocno przypominający skład z lat 70-tych - Mike Howlett na basie, Gilli Smyth na wokalu... Daevid Allen jest oczywistością. Skład uzupełnia znakomity perkusista Chris Taylor - będzie też obecny na 2032

Pozostałe utwory nie są wcale gorsze, nawet niektóre uważam za lepsze, jak kończący album Infinitea - kolejny instrumental z wokalizami Gilli i saksofonowymi solówkami, okraszony znakomitą figurą rytmiczną perkusji - powtórzoną zresztą w innym utworze, The Mad Monk - Infinitea jest niejako rozwinięciem tamtego utworu, tyle, że bez tekstu i bardziej eteryczny. Nie brakuje tu też mocniejszych "kopnięć" - Zeroid ma zadziorny riff, Bodilingus to znakomita partia wokalna, a Magdalene czaruje duetami saksofonowymi i świetnym wokalem. Nie brakuje oczywiście też spokojniejszych fragmentów - Tali's Song i Yoni on Mars to takie klasyczne Gongowe ballady. Na koniec muszę wspomnieć o rzeczy nietypowej dla Gongu - Wise Man in Your Heart nie jest nowym nagraniem. Ukazał się pierwotnie na albumie Good Morning! sygnowanym przez Daevida Allena i hiszpański zespół Euterpe, w 1976 roku. Oczywiście interpretacja jest nowoczesna, ale nadal jest to ten sam utwór - trochę reggae'owy, bardziej balladowy, mocno oniryczny... Fajny album.

Zakupiłem oczywiście remaster Kscope z 2023 roku. Przede wszystkim ma on zdecydowanie lepszą okładkę niż wydanie oryginalne, poza tym jest w ładnym, choć skromnie wydanym, digipaku. W środku tylko wkładka...

Ocena: 3/5 







wtorek, 2 grudnia 2025

Gong - 2032 (2009)

Data zakupu: 25 listopada 2025 roku

Świetna próba powrotu klasycznego składu. Prawie wszyscy muzycy znani z trylogii Radio Gnome Invisible lat 70-tych pojawili się na tym albumie - brakuje tylko Pierre'a Moerlena na perkusji i klawiszowca Tima Blake'a, co akurat nie dziwi, patrząc na ich historię konfliktu z zespołem (szczególnie Blake'a). Już na poprzednim albumie, Zero to Infinity z 2000 roku mieliśmy dobry skład, ale dopiero tutaj powrócili Steve Hillage i Miquette Giraudy. Co prawda Didier Malherbe pojawia się na prawach gościa, Theo Travis gra główne partie saksofonu i fletu.... 

Nie zmieniło to jednak w jakiś bardzo znaczący sposób muzyki znanej z Zero to Infinity - jest mniej jazzowo, bardziej rockowo-elektronicznie. Album jest najdłuższym w karierze zespołu - trwa ponad 75 minut - moim zdaniem parę nagrań mogli sobie darować. Ale nie jest źle, większość kawałków jest naprawdę dobra, pojawiają się fajne melodie (Digital Girl, Wacky Baccy Banker, How to Stay Alive), nie brakuje dobrych solówek, głównie saksofonowych (np. w How to Stay Alive), album jest dynamiczny, spokojniejsze fragmenty to tylko przerywniki (Yoni Poem, Wave and the Particle, Robo-Warriors), zresztą te przerywniki uważam za najsłabsze. Słabo wypada też utwór rozpoczynający album, City of Self Fascination - jest jakiś taki bez wyrazu i nudny. Potem robi się lepiej. Całkiem przywoita płyta.

Wydanie za to piękne - super kolorystyka, świetne rysunki, doskonały design. Przyłożyli się. No i estetyczny digipak z fajną książeczką. Szkoda, że duże zdjęcia osób objęły tylko obie panie, Allena i Hillage'a. Reszta ma malutkie zdjęcia.

Ocena: 2/5