środa, 20 listopada 2019

Dead Can Dance - Anastasis (2012)

Data zakupu: 4 listopada 2019 roku

Kiedy zespół ogłosił powrót do regularnej działalności w 2012 roku bardzo się ucieszyłem. Szczególnie kiedy potwierdzili, że będzie nowa płyta. No i kiedy się ukazała - miałem mieszane uczucia. Z jednej strony nie zaprezentowali w sumie nic nowego. Słychać tutaj echa Into the Labyrinth i Spiritchasera. Jest to niejako kontynuacja obranej wtedy ścieżki. Nie brakuje monumentalnych nagrań (Children of the Sun, Amnesia, All in Good Time), są klimaty plemienne (Kiko, Agape), połowę nagrań śpiewa Brendan... Czyli to co lubiliśmy już wcześniej.

Ale z drugiej strony, chciałoby się jednak czegoś nowego, nieoczekiwanego, czegoś czym mogliby nas zaskoczyć... Nie na tej płycie. Jest tak jak być powinno w świecie DCD - poprawnie, brzmienie jest doskonałe, melodie podniosłe... Dobra płyta, ale nic więcej.

Za to okładka to chyba jedna z najsłabszych w ich karierze - niezbyt ładna. Wydanie w eleganckim digipaku z krótką książeczką. Kolorystyka mogłaby być jednak bardziej kolorowa, a nie taka czarno-biała.

Ocena: 3/5

Single: Amnesia, Opium

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

niedziela, 17 listopada 2019

The Mars Volta - Televators (2004)

Data zakupu: 23 października 2019 roku

Rzadki i limitowany singiel wydany w Australii. Drugi singiel promujący debiutancki album De-Loused in the Comatorium. Wydana w Europie wersja CD zawierała tylko wersję radiową utworu tytułowego oraz koncertową wersję Take the Veil Cerpin Taxt. W wersji australijskiej mamy więcej dobrego. W 2003 roku w USA ukazała się limitowana EPka Live EP, zawierająca 4 nagrania koncertowe, w sumie ponad 40 minut muzyki. Wszystkie te nagrania zostały umieszczone w wersji australijskiej singla. A jak wiadomo, nagrania koncertowe zespołu to sporo improwizowania, rozciągania utworów itp. W sumie bardzo ciekawe nagrania, które w większości mocno zyskują na w tych wykonaniach. Szczególnie Roulette Dares (the haunt of) podoba mi się zdecydowanie bardziej w tej wersji, niż albumowej. 

Wydanie w zwykłym pudełku singlowym. Ładny design, całkiem inny niż wydanie europejskie.

Ocena: 3/5

Okładka

Środek

niedziela, 10 listopada 2019

Peter Gabriel - Peter Gabriel (1980)

Data zakupu: 3 października 2019 roku

Alternatywne tytuły: III, 3 oraz Melt.

Jeden z pierwszych albumów Gabriela jaki poznałem. Zaskoczył mnie brzmieniem, pomysłami i tym, że nie bardzo się zestarzał. Oczywiście momentami słychać, że to końcówka lat 70-tych i początek 80-tych, ale niektóre patenty nic się nie zestarzały. Album zawdzięcza to świetnym pomysłom aranżacyjnym. Rezygnacja z talerzy dała doskonały efekt - początek albumu, czyli Intruder, to mistrzostwo świata, takie rzeczy niektórzy grali dopiero dekadę później. Games without Frontiers z automatem perkusyjnym też robi wrażenie, nie tylko przebojową melodią. Dużym plusem płyty jest pewien minimalizm dźwiękowy - brak przepychu aranżacyjnego jest atutem (Intruder, No Self Control, Lead a Normal Life, Biko). A zarazem Gabriel nie rezygnuje też z rockowych brzmień - I Don't Remember, Not One of Us, And Through the Wire... No i jest to album pełen znakomitych gości: Robert Fripp, Tony Levin, Jerry Marotta, Phil Collins, Larry Fast, Paul Weller, Kate Bush, Dick Morrissey... Znakomity album, moim zdaniem najlepszy w dorobku Gabriela.

I jeszcze jedno: jest to rzadka rzecz w moim przypadku, ale doskonale wiem o czym są wszystkie teksty utworów. Teksty rzadko mnie interesują, ale tutaj jest inaczej. To też bardzo dobra i ciekawa część tego albumu. Gabriel lubi poruszać typowo ludzkie tematy, często zagląda do niezbyt zdrowych głów ludzi (jak w Lead a Normal Life czy Family Snapshot), a nie tylko o sprawach politycznych (jak w Games without Frontiers czy Biko).

Udało mi się zakupić remaster z 2002 roku. Bardzo ładnie wydany, ze wszystkimi tekstami utworów i sporą ilością zdjęć. Okładka za to nigdy mi się nie podobała, choć i tak jest lepsza niż w przypadku debiutu czy albumu z 1982 roku (czyli IV a/k/a Security).

Ocena muzyki: 4/5

Single: Games without Frontiers, No Self Control, I Don't Remember, Biko

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

piątek, 1 listopada 2019

Underworld - Bruce Lee (1999)

Data zakupu: 3 października 2019 roku

Ostatni, czwarty singiel promujący album Beaucoup Fish. Dość nietypowe nagranie, jak na Underworld, bo mocno breakbeatowe, z zapętloną gitarą. Jeden z tych utworów, które uwielbiam. Zgodnie z ówczesną polityką zespołu mamy tutaj remiksy zewnętrznych producentów. I to ekstremalnie różnych. Utwór tytułowy zremiksowali The Micronauts - francuski zespół, na punkcie którego miałem lekkiego bzika na przełomie wieków. Mocny beat, sporo zakręconych dźwięków, kłujących w ucho, pitche podkręcone na maksa, dźwięki dość proste i momentami prostackie - genialny miks, ale nie dla wszystkich. Polecam ich wersję Block Rockin' Beats The Chemical Brothers - jeszcze lepsza. Dla odmiany remiks Cups w wykonaniu Salt City Orchestra jest delikatny, marzycielski i niebiański. Również uwielbiam. Na końcu mamy ciekawą zabawkę w postaci własnego miksu Underworld - zapętlony rytm, sporo dźwięków ruchliwego miasta i zabawy z wokalem. Również ciekawy miks.

Wydanie spoko, choć szkoda, że kolorystyka jest czarno biała.

Ocena: 3/5

Przód

Tył

niedziela, 27 października 2019

Mike Oldfield vs The Orb - Sentinel (total overhaul) (1992)

Data zakupu: 26 września 2019 roku

W 1992 roku Mike Oldfield wydał kontynuację, albo raczej reboot, swojej najsłynniejszej płyty, Tubular Bells. Promując ten album musiał oczywiście wydać też jakiś singiel. Pierwszym singlem był utwór Sentinel, zawierający oczywiście słynną sekwencję melodyczną, unowocześnioną i zagraną na nowo. Singiel, zgodnie z ówczesną modą, był dwuczęściowy. Na pierwszej części zamieszczono dwie wersje radiowe utworu (płytowa i w remiksie Orba) oraz utwór Early Stages. Natomiast opisywana tutaj jest częścią drugą. Zawiera dwa, bardzo długie (ponad 14 i 12 minut) remiksy autorstwa The Orb, oraz powtarza wersję radiową remiksu Orba.

Oba remiksy to absolutnie jedne z lepszych dokonań zespołu. Pierwszy miks to mocny beat, mnóstwo pogłosu, bardzo urozmaicona partia hi-hatów (brak powtórzeń), mnóstwo odgłosów w tle oraz główny motyw, który został utopiony w tle i jest mało wyrazisty. Czyli typowy The Orb, którego uwielbiam. Właściwie można powiedzieć, że jest to nagrania The Orb z lekką nutą Mike'a Oldfielda. Drugi miks jest ambientową wariacją pierwszego miksu - brak beatu, brak partii basu, samo tło i trochę lepiej słyszalny motyw przewodni. Co ciekawe, wersja radiowa miksu Orba nie opiera się na pierwszym miksie, lecz na drugim, ambientowym. Uwielbiam ten singiel.

Wydanie w zwykłym pudełku. Dałem za nie bardzo niską cenę, co było lekko dziwne, bo ten singiel chodzi raczej drogo. Niestety, dopiero, jak go otrzymałem, okazało się dlaczego cena była niska. Otóż wkładka singla jest sklejona ze sobą, w dodatku okładką do środka. Czyli to co widać na zdjęciach jest środkiem wkładki, natomiast właściwej okładki nie widać, bo jest w środku. Będę musiał spróbować to rozkleić ale pewnie marne szanse. Na szczęście z resztą singla jest już wszystko w porządku.

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

piątek, 25 października 2019

Jane's Addiction - Kettle Whistle (1997)

Data zakupu: 11 września 2019 roku

Jest to całkiem przyzwoity składak różności. Dominują wersje demo i alternatywne, głównie nagrań z Nothing's Shocking. Oprócz tego jest też kilka wersji koncertowych, głównie nagrań z Ritual de lo Habitual. Najmniej ciekawie wypadają wersje demo, gdyż w większości przypadków są bardzo podobne do tego, co ostatecznie znalazło się na albumach. Wyjątkiem jest Been Caught Stealing, który nie dość, że zaśpiewany jest całkiem inaczej, to i konstrukcję utworu ma inną. Bardzo ciekawa wersja. Z koncertówek w sumie ciężko coś wyróżnić - brzmią bardzo podobnie jak wersje płytowe. Jedynie w Stop! fajnie słychać jak publika śpiewa wraz Farrellem.

Jest też parę perełek. Po pierwsze utwór tytułowy - stworzony co prawda jeszcze przed debiutem, ale w studiu nagrany dopiero w 1997 roku, z gościnnym udziałem Flea na basie. Bardzo fajny, nastrojowy, z mocnym refrenem. Gorzej wypada drugi całkowicie nowy utwór - So What! Niepotrzebny elektroniczny beat, słaba melodia, toporne granie... Nie podoba mi się.

Oprócz tego mamy też parę starszych nagrań, nigdy wcześniej nie publikowanych. Po pierwsze My Cat's Name is Maceo z gościnnym udziałem saksofonisty Maceo Parkera, świetnie funkujący, doskonale zaśpiewany, aż szkoda, że nie znalazł się na jakimś albumie. Drugim takim nagraniem jest koncertowe Slow Divers - przepiękna, bardzo nastrojowa i atmosferyczna ballada, nagrana w 1986 roku. City to krótkie, właściwie niedokończone demo piosenki z 1988 roku - właściwie tylko ciekawostka. I właściwie tyle.

Okładka stylizowana na plakaty koncertowe i reklamy prasowe. W środku trochę zdjęć, esej autorstwa Henry'ego Rollinsa i teksty niektórych piosenek. Słabe.

Ocena: 3/5

Single: So What!

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

Wnętrze książeczki 8

Wnętrze książeczki 9

Wnętrze książeczki 10

Wnętrze książeczki 11

niedziela, 25 sierpnia 2019

Sylvian/Fripp - Damage (1994)

Data zakupu: 7 sierpnia 2019 roku

Jest to album koncertowy dokumentujący wspólną trasę Davida Sylviana i Robert Fripp. Oczywiście promowali wtedy album The First Day. Ale w końcu Fripp współpracował z Sylvianem już dużo wcześniej, więc na płycie znalazło się też parę utworów z innych albumów, głównie z Gone to Earth (z 1986 roku). Utwory nie odbiegają zbytnio od wersji studyjnych, jest równie fajnie jak na albumie. Co ciekawe, pojawiają się tutaj też trzy nagrania, których nie opublikowano wcześniej nigdzie indziej. Przede wszystkim mocno rockowy Blinding Light from Heaven, oraz dwie ballady, obie tytułowe dla tego i studyjnego albumu czyli Damage i The First Day. W sumie fajny koncert, choć jak dla mnie momentami zbyt spokojny (Wave, Every Colour You Are, Riverman).

Jest to reedycja płyty z 2001 roku. Pierwotna wersja ukazała się w limitowanej wersji, z płytą CD pokrytą złotem (!). W stosunku do poprzedniej jest pewna zmiana w kolejności utworów (Damage przesunięto z początku na środek) oraz wywalono Darshan a wstawiono Jean the Birdman. W sumie kosmetyczne zmiany.

Wydanie ładne, co ciekawe w pudełku oprócz książeczki mamy mały plakacik z jakimiś bohomazami. 

Ocena muzyki: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Wkładka i plakat

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

Plakat z jednej strony

Plakat z drugiej strony