niedziela, 17 maja 2015

Steven Wilson - Hand. Cannot. Erase. (2015)

Data otrzymania: 17 kwietnia 2015 roku

Całkowicie nieoczekiwanie wygrałem w radiowej Trójce najnowszy album Stevena Wilsona. Ach, cóż to była za przyjemność usłyszeć swoje imię (i nazwę miejscowości) z ust Marka Niedźwieckiego, którego bardzo lubię i cenię od lat. Już od paru lat próbowałem coś wygrać, ale nigdy mi się nie udało - tylko kasę na SMS-y wydałem. A tu taka niespodzianka...

Co prawda album uważam za taki sobie. Ot, Wilson jakiego znamy i lubimy, ale bez większych wzruszeń (z jednym wyjątkiem), w dodatku powracający do brzmień znanych z płyty Insurgentes i ostatnich albumów Porcupine Tree. Jest sporo grania progresywnego, ze zmianami tempa i licznymi solówkami (3 Years Older, Ancestral), są fajne piosenki (tytułowa, Transience, Happy Returns), jest też sporo elektroniki (Perfect Life), ale nie brakuje też przynudzania (długaśny Routine czy bezbarwny Home Invasion). Nowością są piosenki śpiewane przez Wilsona w duecie z kobietą, Ninet Tayeb (z Izraela, zwyciężczyni tamtejszej Idola). Nie bardzo przypadł mi do gustu ten patent - pojawia się ona w słabszych momentach płyty. Wychodzi na to, że płyta jest raczej przeciętna i rzadko do niej wracam.

Absolutnym wyjątkiem jest instrumentalne nagranie Regret #9. Jest niejako przedłużeniem utworu Home Invasion, ale przewyższa je pod każdym względem. Na tle fajnego, spokojnego tła mamy najpierw genialną solówkę na Moogu (co już mnie, fana SBB, raduje mocno), a następnie równie genialną solówkę gitarową. Po prostu coś fantastycznego, kolejny dowód na to, że Wilson miewa przebłyski geniuszu. Podobnie było w przypadku Insurgentes - pośród błahych nagrań pojawia się perełka - No Twilight Within the Courts of the Sun - jeden z najlepszych utworów jakie Wilson kiedykolwiek skomponował.

Opakowanie to digipak - niestety. Przy próbie wyciągnięcia z kieszonki książeczki okładka się lekko naderwała (co widać na zdjęciach 1 i 2). Piętno dla twórców za stworzenie tak niewygodnego opakowania. W środku znajduje się książeczka z tekstami i informacjami - niestety, Wilson nadal hołubi Lasse Hoile, którego styl wyczerpał się jakieś 10 lat temu i teraz te jego zdjęcia jedynie irytują. Oprócz tego znajdziemy ulotkę wytwórni Kscope informującej o najnowszych i nadchodzących wydaniach płyt.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Płyta jeszcze w folii, z naklejką informacyjną

Okładka - w lewym, górnym rogu widoczne naderwanie digipaka

Tył

Bok - naderwanie lepiej widoczne

 Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

Katalog Kscope 1

Katalog Kscope 2

Katalog Kscope 3

Katalog Kscope 4


czwartek, 2 kwietnia 2015

ZZ Top - Greatest Hits (1992)

Data zakupu: 30 marca 2015 roku

Już jako młokos lubiłem ZZ Top. Klipy do Gimme All Your Lovin' czy Rough Boy'a często widziałem na wideo (bo MTV wtedy nie miałem), a czasach kaset pirackich zasłuchiwałem się w płytach Recycler, Eliminator i The Best of ZZ Top. Oczywiście Greatest Hits również dość często lądowało w moich Walkmanie. To proste granie ma szczególny urok, który podoba mi się do dziś. Co prawda ich poszczególne albumy niespecjalnie podeszły mi do gustu (może oprócz wspomnianego już Recyclera oraz wcześniejszego Afterburnera), więc na początek wystarczy mi ten dość dobrze skomponowany składak. Utwory są proste, Billy Gibbons wycina fajne solówki, parę nagrań się zestarzało mocno (szczególnie te z płyty Afterburner), choć nadal je lubię. Fajna składanki do słuchania w aucie.

Wydanie skromne, trochę zdjęć, jeden esej, katalog płyt i właściwie tyle. 

Ocena muzyki: 3/5 | Spotify

Single: Viva Las Vegas

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

środa, 18 marca 2015

The Eternal - When the Circle of Light Begins to Fade (2013) - Lizard 17 (zima 2014/2015)

Data zakupu: 16 marca 2015 roku

Sporo czasu minęło od poprzedniego numeru Lizarda (ok. 4 miesięcy), mam jednak nadzieję, że pismo nie upadnie i zacznie ponownie pojawiać się regularnie. Właściwie to nie jest to numer zimowy, lecz raczej wiosenny - patrząc na to co za oknem...

Po raz kolejny dostajemy pełny album jednego wykonawcy. I w dodatku po raz kolejny jest to Mark Kelson, lecz tym razem razem z kolegami (album ten ukazał się oryginalnie w 2013 roku). No i z przykrością muszę stwierdzić, że solowe dokonanie Marka wypada dużo lepiej. Zamiast progresywnej muzyki dostajemy 13 piosenek z pogranicza rocka i metalu. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie dwie rzeczy: po pierwsze - wszystkie piosenki są niesamowicie do siebie podobne, co powoduje, że album jest najzwyczajniej na świecie nudny. Zaczyna się nawet ciekawie - niezły riff, mocne brzmienie (za wyjątkiem perkusji, ale o tym za chwilę), pojawia się nawet krótka solówka gitarowa... A potem jest znowu to samo i to samo.... Wokal się prawie nie zmienia, tempa nagrań dość podobne, a perkusja... No właśnie - po drugie: brzmienie perkusji jest okropne. Werbel brzmi jakby ktoś grał na garnku z pogłosem, w dodatku perkusista jest marny. Psuje to dodatkowo odbiór. Wyróżnić mogę, oprócz pierwszego kawałka, także numer The End of Everything, który różni się od reszty ciekawszym rytmem i trochę inną melodyką. Za to punkt więcej.

Za to duży plus dla wydawcy gazety za piękne wydanie płyty. Jest książeczka, jest wkładka i ładny nadruk na CD. Po wsadzeniu do pudełka prezentuje się ona naprawdę znakomicie.

Ocena muzyki: 2/5

Zafoliowane pismo z płytą

Tak wyglądała płyta dołączona do pisma

A tak po wsadzeniu w pudełko

Tył

Bok

Wnętrze

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

czwartek, 12 marca 2015

Yes - Yesterdays (1975)

Data zakupu: 11 marca 2015 roku

W związku z faktem, że zespół Yes w 1975 roku skupił się głównie na koncertowaniu, wytwórnia Atlantic postanowiła umilić fanom oczekiwanie na nowy album składanką Yesterdays. Składanką nietypową, bo skupiającą się prawie w całości na dwóch pierwszych albumach grupy (czyli Yes z 1969 roku i Time and a Word z 1970). Wybór dość niezły, bo zawierający jedynie autorskie nagrania zespołu i to te ambitniejsze. Czyli np. tytułowy z drugiego albumu, niezłe Then i Survival, czy przebojowe Sweet Dreams. Absolutnym rodzynkiem jest dla mnie jednak nagranie Astral Traveller, mocno przypominające to, z czego zasłynął zespół w późniejszych latach, czyli fajny riff, solowe fragmenty, zmiany brzmienia i nastroju... To dla mnie ogromny plus tej składanki. Drugim jest jedyne nagranie stworzone w okresie późniejszym niż dwie pierwsze płyty, czyli cover Paula Simona America. Świetne nagranie, już ze Steve'm Howe'm i Rickiem Wakemanem w składzie, idealnie pasujące do płyty Fragile (na którą to trafiło w wersji zremasterowanej). Ostatnim smaczkiem jest utwór Dear Father, dostępny wcześniej jedynie jako strona B singla Sweet Dreams. Ale w sumie mało wyróżniające się i niezbyt ciekawe.

Uwielbiam takie małe składaki, szkoda, że nie powstało ich więcej (a przynajmniej moi ulubieni wykonawcy takich nie wydawali). Posiadam wydanie z 2004 roku, zremasterowane brzmieniowo i z inną wkładką, niż to z początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Wkładka skromna, ale są za to teksty utworów i opis każdego z kawałków. Okładka autorstwa Rogera Deana też świetna, choć rewers kontrowersyjny, jak na dzisiejsze czasy - nagie dzieci. Goła baba z okładki nawiązuje do oryginalnej obwoluty Time and a Word.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

czwartek, 26 lutego 2015

Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath (1973)

Data zakupu: 25 lutego 2015 roku

Całkiem nieoczekiwanie wczoraj dostałem jeszcze jedną płytę. Album Sabbath Bloody Sabbath, uznawany za jeden z najlepszych wśród dokonań zespołu jest dla mnie logiczną kontynuacją poprzednika, Vol.4. Utwory stały się ciekawsze, bardziej rozbudowane i skomplikowane. Nie brakuje w nich partii dodatkowych instrumentów jak syntezatory (przede wszystkim Who Are You? i gościnny udział Ricka Wakemana w Sabbra Cadabra) czy smyczki (Spiral Architect). Riffy są nośne (tytułowy, Killing Yourself to Live), melodie fajne, aranżacje ciekawe... Słowem - bardzo udany album. Jeden z moich ulubionych z repertuaru Black Sabbath.

Wydanie chciałem mieć koniecznie w wersji z 2004 roku, tak, aby pasowało do pozostałych płyt BS, które posiadam. Udało się, mam więc książeczkę z ciekawym esejem, teksty utworów i trochę zdjęć. Co prawda remaster w digipaku ma inną książeczkę, jeszcze bogatszą, ale to akurat nie jest dla mnie takie istotne. Okładki nigdy nie lubiłem, denerwuje mnie ten minimalizm kolorystyczny. Mogli dać coś więcej niż kolor pomarańczowy...

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Single: Sabbath Bloody Sabbath


Okładka


Tył


Bok


Środek


Rozłożona książeczka


Wnętrze książeczki 1


Wnętrze książeczki 2


Wnętrze książeczki 3


Wnętrze książeczki 4


Wnętrze książeczki 5