sobota, 25 marca 2017

Various - Textures (1996)

Data zakupu: 9 marca 2017 roku

Składak Textures to niejako podsumowanie bardzo nowatorskiej i ciekawej serii pod nazwą Trance Europe Express. Były to składanki zawierające wyłącznie unikatowe i najczęściej nagrane specjalnie na tą okazję utwory różnych wykonawców z kręgu muzyki elektronicznej. Zgodnie z nazwą - wyłącznie z Europy (później powstały też składaki zawierające twórców amerykańskich i australijskich). Pojawili się tam prawie wszyscy znaczący artyści, jak i wielu mniej znanych, choć czasem równie ciekawych.

Po trzech latach od publikacji pierwszej składanki poproszono dwóch znanych i popularnych DJ-ów aby zmiksowali najciekawsze ich zdaniem nagrania. Pierwszy dysk należy do Darrena Emersona (wtedy muzyk zespołu Underworld), a drugi do Aleksa Patersona (czyli szefa The Orb). Jako, że oba zespołu należą do moich ulubionych, nie mogłem w żaden sposób pominąć tych miksów. 

Emerson, zgodnie z filozofią macierzystego zespołu, postawił na transowość, taneczność i mocniejsze uderzenie. Co prawda zaczyna się dość łagodnie, ale dość szybko wchodzi mocny beat i kawałki mieszają się jeden z drugim niczym na jakimś techno party. Niestety, całość mocno zalatuje nudą - przede wszystkim dobór kawałków jest słaby - dominuje zwykłe techno, trance i hard house - rzecz na dłuższą metę nudna.

Co innego Paterson - to głównie dla tego dysku kupiłem ten składak. Aleks miksuje kawałki w inny sposób - nie stawia na rytm, lecz na klimat. Dzięki temu pomieszanie nagrań Aphex Twina i Biosphere tworzy niesamowitą mieszankę, która klimatycznością powala na kolana. Dalej jest tylko lepiej - utwory przechodzą jeden w drugi, częstokroć nie da się nawet powiedzieć czy już jeden z nich się skończył, czy zaczął już kolejny. Na tym dysku dominuje ambient, ale nie brak też bardziej tradycyjnej elektroniki, techno a nawet drum'n'bassu. Całość jest znakomita i tylko jeden szkopuł lekko psuje odbiór. Otóż cały miks został nagrany w... mono. Tak, dźwięku stereo tu nie uświadczymy, co odbija się na jakości całego zestawu. Jednak i tak uwielbiam ten miks.

Wydanie dość ciekawe - podwójny digipak spakowany w tekturowe pudełko. W środku książeczka ze zdjęciami muzyków pojawiających się na płycie i paroma słowami podsumowującymi cztery pierwsze płyty z serii Trance Europe Express. Kolorystyka dość słaba, zdjęcia jeszcze słabsze... Ale i tak fajnie to wygląda.

Ocena płyty nr 1: 2/5
Ocena płyty nr 2: 5/5

Przód

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

piątek, 27 stycznia 2017

Rush - Grace Under Pressure (1984)

Data zakupu: 27 stycznia 2017 roku

Kiedyś nie lubiłem tego albumu. Nie było nawet specjalnego powodu, ale jakoś mnie irytował - a to klawisze nie takie jak trzeba, a to melodie nieciekawe, a to produkcja sterylna... Ale w końcu mi przeszło i obecnie lubię ten album, choć nadal nie należy do tych, po które sięgam najczęściej. Ot, dobry, poprawny album Rush. Ma momenty (szczególnie The Body Electric, Between the Wheels czy Distant Early Warning), ogólne brzmienie nie jest złe (choć już mocno zakorzenione w latach 80-tych), muzycy mają koszmarne fryzury... Fajna płyta, choć przeciętna.

Okładka nie przypadła mi do gustu - takie nie wiadomo co. W środku teksty, opis, dwa zdjęcia... Nic ciekawego.

Ocena: 3/5

Single: Distant Early Warning, The Body Electric

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

piątek, 13 stycznia 2017

The BWPP - Live At Klub Proxima, 23.04.16, Varsovia (Lizard 23)

Data zakupu: 19 grudnia 2016 roku

Album dorzucony do zimowej edycji Lizarda to koncert polskiego zespołu znanego jako The Black Water Panic Project. Podobno grają rock industrialny. Podobno, bo ja tego nie słyszę - słyszę tu tylko słabą odmianę alternatywnego rocka, zawierającego momentami elementy metalu i elektroniki, z bardzo słabym wokalistą i bardzo słabymi kompozycjami. Nudy niesamowite. Zresztą koncert można obejrzeć też na YouTube - każdy może ocenić.

Ocena: 1/5

Rozłożony kartonik

i środek kartonika

środa, 11 stycznia 2017

Jean-Michel Jarre - Oxygene (1976)

Data zakupu: 4 stycznia 2017 roku

Ciekawa sprawa z tym albumem: nigdy nie przepadałem za Jarre'm, jako dzieciak nawet nim gardziłem, uważając, że to co gra to najgorsza odmiana elektroniki zaraz po disco polo. Nie znałem prawie w ogóle jego płyt, parę utworów kojarzyłem i często nienawidziłem (Souvenir en China). Aczkolwiek kiedy puszczali te jego gigantyczne koncerty w TV, to lubiłem oglądać (choć muzyka nadal nie bardzo mi podchodziła). Dlatego też album Oxygene, ten najsłynniejszy, poznałem dopiero parę lat temu. Sięgnąłem po niego raczej z ciekawości, czym to się ludzie zachwycają. No i okazało się, że znam prawie wszystkie nagrania pochodzące z tej płyty. Otóż płyta ta była tak popularna, że w czasach PRL-u bardzo często wykorzystywano jej fragmenty jako tło w jakichś programach popularnonaukowych czy innych tego typu periodykach, zarówno w radio jak i TV. Szczególnie Oxygene 1 zapadł mi w pamięć. 

Po przesłuchaniu albumu stwierdziłem poza tym, że to kawał świetnej muzyki, rzeczywiście godny wszelkich entuzjastycznych ocen, album przełomowy, inspirujący i przemyślany. Jarre bardzo umiejętnie potrafił stworzyć fajne melodie, opierając się jedynie na syntezatorach (w przeciwieństwie do Tangerine Dream, którym melodie nie bardzo wychodziły). Wprowadził elektronikę na salony. Te wszystkie dźwięki, tak oryginalne i fascynujące zostają na zawsze w głowie i stąd jako dzieciak nasłuchawszy się ich wiele razy, od razu rozpoznawałem poszczególne fragmenty. Bardzo fajna płyta. A zwłaszcza Oxygene 1 (kosmiczne granie), Oxygene 2, Oxygene 4 (singlowy przebój) i Oxygene 6 (wspaniała rumba). Reszta też jest niezła, ale nie aż tak.

Wydanie mam bardzo zacne - reedycja z 2014 roku - z ładnym nadrukiem na CD, esejem w środku i fajnymi zdjęciami Jarre'a. 

Ocena: 3/5

Single: Oxygene 4, Oxygene 2

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

wtorek, 10 stycznia 2017

White Zombie - Supersexy Swingin' Sounds (1996)

Data zakupu: 30 grudnia 2016 roku

White Zombie istniał krótko, nagrał mało, a interesujących rzeczy jeszcze mniej. Supersexy... to zwieńczenie ich dyskografii, bo chwilę później zespół został zlikwidowany. Zwieńczenie nietypowe, gdyż album ten to zbiór remiksów utworów z Astro-Creep 2000. I, jak na warunki amerykańskie, całkiem niezły zbiór. Co prawda remikserów nie jest tu wielu, głównie rządzą Charlie Clouser (odpowiedzialny za partie klawiszy na wzmiankowanym albumie) oraz John Fryer. Ze znanych producentów mamy też The Dust Brothers (2 miksy) i P.M.Dawn (1 miks). Reszta, czyli The Damage Twins i Mike 'Hitman' Wilson nie są mi znani. W każdym razie warto mieć ten album głównie dla miksów Clousera - szczególnie otwierające dwa kawałki, znane już wcześniej z singli są godne uwagi. Reszta jest przyjemna, ale momentami mało odkrywcza (Blur the Technicolor). Ot, taki urok albumów z tamtych lat.

Ładna pani na okładce, parę innych pań także w środku - wystrój całkiem jak z Playboy'a.

Ocena: 3/5

Okładka - istnieje też wersja ocenzurowana

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

sobota, 31 grudnia 2016

Budgie - Bandolier (1975)

Data otrzymania: 24 grudnia 2016 roku

I ostatni album w zestawie. Najkrótszy, ledwo 35 minut. W sumie dostajemy powtórzenie pomysłów z poprzednich albumów. Breaking All the House Rules to oczywiście mocarny riff i transowe powtarzanie go pod koniec utworu. Who Do You Want for Your Love? I Can't See My Feelings to klasyczne nagrania Budgie, nie wnoszące nic nowego, natomiast mdły I Ain't No Mountain to cover Andy Fairweather-Lowa - słabiutki. Na szczęście są dwa znakomite nagrania: Slipaway to jedna z ładniejszych ballad Budgie - spokojnie można ją postawić obok Parents i Young is the World. Natomiast dwuczęściowy Napoleon Bona part one & two to już świetne, transowo-boogie'owe granie z akustycznym początkiem. Co ciekawe, jest to jedyne wydanie CD na którym ten utwór został rozdzielony na dwie części, w dodatku ta druga to ostatnia minuta utworu - myślałem, że pierwszą częścią jest właśnie ten akustyczny wstęp...

Okładka Bandolier jest bardzo ładna, lubię ją oglądać. To chyba moja ulubiona okładka ich płyt. W środku znowu tylko dwa zdjęcia. Tej płyty nie miałem na kasecie, poznałem ją dużo później, już w erze Internetu.

Ocena: 3/5

Single: I Ain't No Mountain

Rozłożony kartonik

Środek kartonika

piątek, 30 grudnia 2016

Budgie - In For the Kill! (1974)

Data otrzymania: 24 grudnia 2016

Po zachwycie nad Never... sięgnąłem po kolejną płytę - we wkładce Tylko Rocka uznaną za najlepszą ich płytę. To nadal fajne, hard rockowo-progresywne granie, choć czasami zaskakujące brakiem pomysłów. Przede wszystkim utwór tytułowy przypomina trochę Breadfan z poprzedniego albumu, choć osobiście podoba mi się bardziej. Hammer and Tongs to świetny, utrzymany w wolnym tempie kawałek, zakończony znakomitym bluesowym graniem. Living on My Own przypomina mi mniej metalowe utwory Black Sabbath. Rozczarowują trochę Running from my Soul - dość nijaki i Crash Course... utwór z 1971 roku, zamieszczony tu, aby wypełnić album. Na szczęście znajduje się tu też mój ulubiony, absolutnie wybitny utwór, w którym Tony Bourge wznosi się na wyżyny swoich umiejętności - Zoom Club. Ten wspaniały początek z przerywanym riffem i późniejsza solówka to coś całkowicie fantastycznego. 

Okładka już dużo słabsza niż na Never..., w dodatku zdublowana jako okładka całego boksu. W środku dwa zdjęcia z epoki i tyle... Ten album też miałem na oryginalnej kasecie - patrz ostatnie zdjęcie.

Ocena muzyki: 3/5

Single: Zoom Club

Rozłożony kartonik

Środek kartonika

Płyta CD i kaseta