poniedziałek, 20 października 2014

Art of Noise - The Ambient Collection (1990)

Data zakupu: 13 października 2014 roku

Z zespołem Art of Noise spotkałem się dość wcześnie, bo w okolicach końca lat 80-tych XX wieku. Wtedy to trium święcił ich przebój Kiss z Tomem Jonesem - przeróbka nagrania Prince'a. No i od czasu do czasu w telewizji można było się natknąć na teledysk do Close (to the edit), jednego z najbardziej charakterystycznych nagrań tego zespołu. Dlatego też w wypożyczalni płyt na początku lat 90-tych zaopatrzyłem się w składankę The Best of the Art of Noise (wydanie z 1992 roku) oraz album Below the Waste (z 1989 roku). Składanka nawet mi się spodobała, choć mocno zdziwił mnie fakt, że trwała jedynie 33 minuty, natomiast album kompletnie mi nie przypadł do gustu. W 1993 roku natomiast zostałem posiadaczem płyty CD The FON Mixes (siostra mi z Francji przywiozła). Te remiksy także nie za bardzo mi się spodobały, więc był to właściwie koniec mojego zainteresowania tym zespołem.

Wyjątkiem okazała się kaseta piracka, zakupiona chyba zaraz po wypożyczeniu w/w płyt. The Ambient Collection to składanka inna niż wszystkie. Zgodnie z tytułem skupia się na spokojniejszej odsłonie twórczości AoN. Oprócz ballad takich jak Island, Crusoe i Camilla mamy tutaj instrumentalne kawałki, które nieźle pasują do idei ambient house'u. Co prawda pod koniec albumu robi się dynamiczniej (Eye of a Needle, A Nation Rejects), ale całość robi dobre i naprawdę spójne wrażenie. Głównie to zasługa Aleksa Patersona z Orba, który wszystko zmiksował. Tak, to było moje pierwsze spotkanie z jednym z moich późniejszych ulubieńców. Co prawda dopiero parę ładnych lat później odkryłem, kto tak ładnie zmiksował te kawałki wplatając między nie swoje charakterystyczne sample. A całość skompilował Youth - kolejny dobry znajomy. Bardzo lubię ten składak, pomimo, że brzmieniowo zestarzał się momentami niesamowicie (te plastikowe brzmienia i efekty). Aha i jeszcze jeden kultowy fragment - całą składankę wieńczy nagranie Art of Love - uwspółcześniony brzmieniowo miks kilku nagrań AoN. Przez parę lat był on grany jako podkład angielskiej listy przebojów w radiu RMF, czytanej przez Marcina Jędrycha lub Piotra Metza. Tak, to było bardzo dawno temu, kiedy to radio było czymś nowatorskim, przewyższający skostniałą Trójkę. Jakże się to zmieniło od tego czasu...

Wydanie skromne, parę zdjęć, trochę tekstów, ciekawe wyjaśnienie terminu ambient na tylnej okładce. I tyle.

Ocena muzyki: 3/5

Single: Art of Love

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

wtorek, 14 października 2014

Dead Can Dance - Toward the Within (1994)

Data pierwszego zakupu: 2 lutego 1995 roku
Data ponownego zakupu: 9 października 2014 roku

Z tą płytą miałem żenującą przygodę. Otóż zakupiłem ją w dniu premiery na kasecie. Po przyjściu do domu okazało się, że książeczka w kasecie jest pomięta w paru miejscach. A ja, jako młody szczyl, wstydziłem się pójść do sklepu ją zareklamować. Aż głupio było ją pokazywać komukolwiek w takiej postaci...

Pierwszy album koncertowy DCD jest dość nietypowy - na 15 utworów tylko 4 ukazały się wcześniej na ich płytach studyjnych, pozostałe kawałki są rzeczami nie publikowanymi wcześniej. Co prawda jeden utwór to solówka na flecie (Piece for Solo Flute), część to covery (I Am Stretched on Your Grave, The Wind that Shakes the Barley, Tristan, Persian Love Song), a nagrania znane wcześniej nie różnią się zbytnio od wersji płytowych. Niestety, w ogóle cała płyta jest dość słaba, nagraniom brakuje werwy, jakiegoś większego zaangażowania i klimatu. Zaledwie parę nagrań zespołowych jest naprawdę dobrych (Rakim, Oman, Desert Song), nieźle wypadają też solowe fragmenty w których śpiewa Brendan (I Can See Now, American Dreaming, Don't Fade Away), ale ogólnie to nie przepadam za tym albumem. Jakoś płyty koncertowe DCD nie bardzo mi podchodzą - In Concert z 2013 roku też nie bardzo mi się podoba.

Wydanie tradycyjnie skromne. Dużo ciekawiej wypada film, obecnie dostępny na płycie DVD, który miałem okazję widzieć lata temu w telewizji. Film ma trochę inny układ utworów, no i z obrazem te nagrania robią naprawdę dużo większe wrażenie (ten fragment kiedy Lisa w Rakim gra na tej chińskiej cytrze!).

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Zafoliowana nówka

Zafoliowany tył nówki

Zafoliowany bok

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki 1

Wnętrze wkładki 2

Wnętrze wkładki 3

poniedziałek, 6 października 2014

Rush - A Show of Hands (1989)

Data zakupu: 2 października 2014 roku

Coraz bardziej lubię twórczość Rush. Słucham ostatnio nawet płyt, za którymi nie przepadam (jak Vapor Trails, Fly by Night czy Presto) aby się przekonać czy nadal ich nie lubię (jednak nadal). Są też takie płyty, które teoretycznie są takie sobie, ale jednak lubię do nich wracać. Właśnie koncertowa A Show of Hands jest takim albumem. Podsumowujący okres od 1982 do 1987 roku, czyli bardzo syntezatorowy, daje dość dobre wyobrażenie o twórczości zespołu w tym okresie. Żadnych elementów progresywnych, żadnych skomplikowanych fragmentów, wszystko zostało uładzone, delikatniejsze, choć nadal dynamiczne i bez ballad (bo Time Stand Still ciężko nazwać balladą). W dodatku całość zanurzona w syntezatorowym sosie i okraszona elektronicznymi bębnami (co słychać zwłaszcza w The Rhythm Method, solówce perkusyjnej, którą zawsze omijam). Pomimo tych wad i tak lubię to brzmienie lat 80-tych (widoczne także we fryzurach muzyków na zdjęciach w środku). Fajny koncert, fajna muzyka, z tych przyjemnych.

Okładka albumu to moim zdaniem najlepsza okładka jaką nas uraczył zespół w całej historii. Niezwykle inspirująca, te rysunki naprawdę robią na mnie wrażenie. Zresztą tak już było zawsze - odkąd ją zobaczyłem, ceniłem ją najbardziej. W środku wkładki fajne zdjęcia i trochę opisów. Ciekawostką jest oznaczenie który utwór na którym koncercie został nagrany. A zmiksowane jak jedna całość.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Single: Closer to the Heart (live)

Nówka zafoliowana

Gustowne naklejki z tyłu - na szczęście na folii

I z boku

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

poniedziałek, 29 września 2014

Cocteau Twins - Tiny Dynamine/Echoes in a Shallow Bay (1985)

Data zakupu: 24 września 2014 roku

Ten składak, zbierający na jednej płycie CD dwie EPki Cocteau Twins, to było pierwsze wydawnictwo zespołu z jakim się zetknąłem. I już pierwsze dźwięki genialnego Pink Orange Red spowodowały, że odleciałem. Totalny kosmos, dźwięki nie z tego świata, oniryczne, piękne, niesamowite... A reszta utworów nie jest wcale gorsza. Great Spangled Fritillary, Pale Clouded White, Melonella, instrumentalny Ribbed and Veined to jedne z najlepszych nagrań jakie zespół kiedykolwiek stworzył. Trochę szkoda, że nie zrobili z tego regularnej płyty, dorzucając ze dwa dodatkowe nagrania (składak trwa niecałe 33 minuty - w sumie tyle samo, co wydana rok później płyta Victorialand). Może wtedy więcej osób by się poznało na pięknie tych nagrań. A tak - te dwie EPki, wydane w tym samym dniu, pozostają w cieniu Treasure. Na szczęście nie dla mnie. Chociaż z drugiej strony - to są jedyne EPki CT które zostały połączone razem na jednej płycie CD - i to już w latach 80-tych. Czyli może jednak zespół brał pod uwagę połączenie ich w jedno...

Wydanie skromne, ale zarazem typowe dla tamtych lat. Ciekawostką jest umiejscowienie okładki albumu po lewej stronie wkładki - nie znam innej płyty z takim rozwiązaniem.

Ocena muzyki: 5/5 | Linki do Spotify: Tiny Dynamine / Echoes in a Shallow Bay

Okładka

Tył

Bok - znowu napisy do góry nogami

Środek

Rozłożona wkładka - okładka po lewej stronie

Wnętrze wkładki

poniedziałek, 22 września 2014

Omar Rodriguez-Lopez - Calibration (2007)

Data zakupu: 11 września 2014 roku

Album ten był nisko na mojej liście zakupów, a to dlatego, że jego cena nigdy nie schodziła poniżej 60 zł. A tu nagle na Ebay'u pojawił się koleś, który sprzedawał ją za 20 zł (!), miał 10 sztuk (!!) i w dodatku każda w oryginalnej folii (!!!). Grzechem byłoby przeoczyć taką okazję.

Płyta Calibration powstała mniej więcej w tym samym okresie co The Bedlam in Goliath, Megaritual czy Se Dice Bisonte, No Bùfalo. Czyli mamy podobną mieszankę - jest parę mocno rockowych, fajnych kawałków mocno okraszonych efektami (Calibration, ...Is Pushing Luck, Sidewalk Fins), jest parę bardzo dobrych melodii (El Monte T'aï ze świetną partią skrzypiec, Calibration) i jest - po raz pierwszy - śpiewający Omar (El Monte T'aï, Lick the Tilting Poppies). Parę utworów bym spokojnie wywalił, bo to zwykłe zapchajdziury, które Omar akurat dość lubi (Mexico, Una Ced Lacerante, Contar el Cuello). Ale w sumie album nieźle wypada. Ciekawostką jest utwór kończący album, Las Lágrimas De Arakuine. Jest on 11 z kolei i trwa dokładnie 11:11. A poza tym to sama perkusja, gitara i smyczki. Bardzo fajny, instrumentalny kawałek. Aha, w tytułowym śpiewa Cedric - powstał nawet do niego teledysk (pierwszy solowy klip Omara).

To chyba najładniej wydany album Omara. W każdym razie podoba mi się okładka i design całej płyty. W środku dokładne opisy kto, co i jak. Ciekawostką jest naklejka znajdująca się na samej górze płyty. Spotkałem się z tym głównie na płytach amerykańskich - ułatwia ona przeszukiwanie płyt w sklepie muzycznym.

Ocena muzyki: 3/5

Oryginalnie zafoliowana płyta z naklejką

Tył z folią

Naklejka informacyjna na górze pudełka

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

poniedziałek, 15 września 2014

Various - Requiem Records Sampler III / 2014 (2014)

Data otrzymania: 8 września 2014 roku

Dzięki uprzejmości jednego z użytkowników Forum Dinozaurów dostałem w prezencie najnowszy sampler polskiej wytwórni Requiem Records, której to wydawnictwo tak mocno zachwalałem przy okazji jednego z numerów Lizarda.

W porównaniu z tamtą płytką różnica jest dość spora. Przede wszystkim na tym samplerze dominuje electro/synthpop śpiewany po angielsku lub po polsku. I to naprawdę dobry synthpop, zdecydowanie ciekawszy brzmieniowo i melodycznie niż to co serwuje nam m.in. radiowa Trójka (m.in. Das Moon, Job Karma, Bexa Lala). Oczywiście nie brakuje także eksperymentów brzmieniowych (Msza święta w Altonie, Krojc, terenNowy) niekiedy będących na granicy słuchalności (Trzy Tony, Pathman) oraz ciekawej elektroniki bardziej konwencjonalnej (C.H.District, Dusseldorf) i ambientu (Klimt). Co ciekawe Requiem poszerza swoje brzmienie o elementy jazzowe (Jachna/Buhl, Mazzboxx), co jeszcze bardziej urozmaica ich katalog. Ich propozycja robi się coraz ciekawsza. Oczywiście większość nagrań nie grzeszy oryginalnością, ale za to stoi na bardzo wysokim poziomie. Będę się z zainteresowaniem przyglądał tej wytwórni.

Ocena: 3/5

Przód kartonika

Tył kartonika

Płytka CD

poniedziałek, 8 września 2014

Yes - Tormato (1978)

Data zakupu: 4 września 2014 roku

Jestem raczej nietypowym fanem Yes, gdyż płyty powszechnie uwielbiane przez fanów (jak Going for the One) cenię są dużo mniej niż te przez fanów wyklęte (jak Drama czy właśnie Tormato). Nawet Close to the Edge podoba mi się połowicznie - tytułowa suita jest fantastyczna, ale reszta nagrań już niekoniecznie. W ogóle moje ulubione płyty Yes na dzień dzisiejszy prezentują się następująco:

1. Fragile (1971)
2. Drama (1980)
3. Relayer (1974)
5. Tormato (1978)
6. Fly From Here (2011)
7. Yesterdays (1975) - składak nagrań z płyt Yes (1969) i Time and a Word (1970)
9. Keystudio (1996/1997-2001) - wybór nagrań studyjnych z dwupaku Keys to Ascension
10. Yesstory (1992) - dwupłytowa składanka, od której zacząłem znajomość z zespołem
11. Union (1991)
12. Talk (1994)
13. Yesshows (1980) - koncertówka

Reszta albumów raczej mnie nie interesuje, choć wielu koncertówek nie znam. Ale w sumie na koncertach nie pokazują nic ciekawego... W kółko grają to samo i to tak samo...

Tormato to album inny niż poprzednie, z tego względu, że składa się z krótkich utworów - najdłuższy ledwo dobija do 8 minut. I to mi się podoba - w singlowym Don't Kill the Whale dzieje się wiele, chociaż nie przekracza on 4 minut to zawiera i solówkę gitarową i soczystą solówkę na klawiszach i sporo śpiewania. On the Silent Wings of Freedom zahacza lekko o jazz, zresztą to najbardziej intensywny utwór na albumie. Poza tym jest sporo rockowego grania troszkę niższego poziomu niż wcześniej (Release Release, Arriving UFO) choć czasem się starają bardziej (Future Times/Rejoice). Najlepiej wypadają spokojniejsze fragmenty czyli przede wszystkim Circus of Heaven z cudowną atmosferą, porównywalną z The Carnival is Over Dead Can Dance oraz Onward, gdzie Anderson czaruje swoim głosem (podobnie w Madrigal). Całość wypada naprawdę nieźle i jest to album do którego często wracam.

Wydanie oczywiście zremasterowane. Bonusów jest mnóstwo, w większości nie były one wcześniej publikowane. Ale chociaż przesłuchałem je już wiele razy niewiele z nich pamiętam - ot takie wprawki (jak Days) czy wersje demo (Everybody's Song). Ciekawy artykuł o powstawaniu płyty, opis utworów i teksty. Czyli jak zwykle w przypadku remasterów Yes. Ładne wydanie.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Single: Don't Kill the Whale

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7