środa, 20 czerwca 2018

Rollins Band - Nice (2001)

Data zakupu: 7 marca 2018

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Digipak rozłożony na raz...

...i na dwa

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

niedziela, 18 marca 2018

Yello - Yello 1980-1985. The New Mix in One Go (1986)

Data pierwszego zakupu: 1995 rok
Data ponownego zakupu: 2 marca 2018 roku

W 1984 roku Boris Blank dorobił się nowego sprzętu nagraniowego, czego efekt słychać na płycie Stella. Bardziej sterylne, czystsze, pozbawione większości analogowego brzmienia... Stąd też pojawił się pomysł unowocześnienia paru utworów z dawniejszych lat. A Boris Blank zawsze lubił grzebać przy swoich starszych nagraniach... Dlatego w 1986 roku ukazał się podwójny album Yello 1980-1985. The New Mix in One Go podsumowujący dotychczasowe dokonania duetu. Parę utworów pozostało niezmienionych - przede wszystkim większość tych z albumu Stella (jest ich też najwięcej), parę uległo niewielkim zmianom (np. Vicious Games, Desire, Lost Again), dodano też jeden kawałek znany z drugiej strony singla (Base for Alec), jeden w pojawił się w wersji skróconej (Live at the Roxy), a także mamy jeden całkiem nowy kawałek, choć wykorzystujący motywy z paru innych kawałków (Tub Dub). Parę nagrań zyskało jednakże całkiem nowe życie. Przede wszystkim otwierający całość Daily Disco to w praktyce prawie całkowicie nowy utwór - ma inną partię wokalną, inny tekst, inne brzmienie... Wypada to genialnie. I Love You i Pinball Cha Cha bazują na wersjach singlowych, choć zostały mocno skrócone. Bostich to wersja singlowa z 1984 roku, natomiast Bananas to the Beat ma unowocześnione brzmienie, choć wokal pozostał ten sam. Słucha się tego fajnie, choć przeszkadza mi zbyt duża ilość nagrań ze Stelli (w sumie 8 z 11!)

To była trzecia płyta Yello jaką poznałem w życiu (po Flag i Baby). Bardzo ją lubiłem, ale może właśnie ze względu na dużą reprezentację albumu Stella, nie bardzo polubiłem właśnie ten album... W każdym razie Daily Disco to jeden z najlepszych otwieraczy Yello wszech czasów.

Wydanie mam w białym jewelboksie i ze złotymi napisami - zarówno tytułów, jak i utworów we wkładce. Szkoda, że oprócz reklamy 4 poprzednich płyt nie ma nic więcej w środku. No dobra, jest jeszcze bardzo fajne zdjęcie duetu z Hawany autorstwa Antona Corbijna.

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Druga strona wkładki

wtorek, 13 marca 2018

Underworld - Barbara Barbara We Face a Shining Future (2016)

Data zakupu: 6 luty 2018 roku

Po sześciu latach oczekiwania zespół Underworld w końcu, w 2016 roku, wydał nowy album. Dziwna kampania informacyjna - spis utworów, tytuł i okładkę ogłoszono w listopadzie 2015 roku, album wydano w marcu następnego - podsyciła ciekawość fanów. W dodatku okazało się, że cała płyta nie przekroczy długości jednego winyla, czyli 45 minut - a wcześniej zespół nie schodził poniżej 55 minut. Album promował najdłuższy utwór na płycie, czyli ponad 8-minutowy I Exhale.

Po premierze okazało się, że: po pierwsze słychać, że ten album ma tylko 45 minut. Utworów jest 7, większość przekracza 5 minut. Pierwszy singiel nie zwiastował zbyt dobrze - przez 8 minut nie dzieje się w tym kawałku zbyt wiele, ot, jest beat, prosta linia basu, trochę dźwięków w tle i wokal Karla Hyde'a. I tak przez cały czas. Na szczęście okazało się, że to chyba najsłabszy utwór na płycie. Już drugi, ponad 7-minutowy If Rah zaskakuje prostym, ale niesamowicie wciągającym riffem syntezatora, aby później przemienić się w dość nowocześnie brzmiący song (współproducentem całego albumu jest stary znajomy, High Contrast - co, niestety słychać, kompresja jest spora). Po nim następują najlepsze fragmenty albumu. Low Burn to już Underworld jaki lubimy - mroczny, klimatyczny, z tribalową wstawką - idealna kontynuacja Beautiful Burnout. Santiago Cuatro to zaskakujący, instrumentalny, ambientowy kawałek z solową gitarą akustyczną. Po nim mamy piękną, underworldową balladę Motorhome. Album wieńczą dwa, bardzo taneczne kawałki - Ova Nova i Nylon Strung. O ile w tym pierwszym troszkę drażni mnie falsetowy wokal Hyde'a, o tyle drugi jest wspaniałym przykładem niezwykle pozytywnych wibracji - w tle śpiewają dzieci Smitha i Hyde'a. 

W sumie cała płyta nie wypada źle, choć troszkę razi produkcja oraz czasami zbyt duża ilość powtórzeń (szczególnie w I Exhale i Nylon Strung). Absolutnym skandalem jest też pominięcie w podstawowej wersji płyty utwory Twenty Three Blue (znalazł się na wydaniu japońskim), który jest znakomity i spokojnie można go było umieścić np. między Santiago Cuatro i Motorhome. Ale cóż - taki koncept autorów.

Kolejny skandalem jest wydawanie płyt w tego typu kartonikach. Już przy płycie Barking na to narzekałem, ale tutaj jest już zbyt minimalistycznie. Wkładka to kawałek zadrukowanej kartki na której są tylko bohomazy, a wszystkie właściwe informacje są jedynie na tyle okładki. W dodatku całość jest niezbyt ładna, nawet okładka jest dużo poniżej możliwości artystycznych Tomato, projektantów okładek Underworld. Szkoda.

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Wnętrze 1

Wnętrze 2

CD

Wkładka - wierzch

Wkładka - środek

środa, 14 lutego 2018

Prince - 3121 (2006)

Data zakupu: 12 stycznia 2018 roku

Kiedy w 2004 roku Prince udanie powrócił do mainstreamu płytą Musicology, zainteresowanie fanów Księcia zdecydowanie wzrosło. Oczekiwanie na kolejny album było dość wysokie i kiedy w końcu się ukazał w 2006 roku udało się, po raz pierwszy od wielu lat, umieścić go na szczycie listy Billboard. Oczywiście to już nie była sprzedaż taka jak dwie dekady wcześniej, niemniej jednak Prince mógł triumfować - jego pierwszy nr 1 od lat!! I tym razem nie trzeba było uciekać się do tricków typu dodawanie albumu do biletów na koncert. Po prostu tym razem album okazał się być lepszy od poprzedniego.

Oprócz oczywiście typowych nagrań Prince'a, których do tej pory nagrał bez liku (czyli balladowe Incence and Candles, taneczne Love czy minimalistyczny Black Sweat), pojawia się na płycie parę perełek. Pierwszą jest nagranie tytułowe, z fajną gitarą, dziwacznym, bulgoczących basem i mocną partią perkusji. Niezła jest też ballada promująca album Te Amo Corazon. Ale tak naprawdę jazda zaczyna się od połowy płyty. Fury to niezły rockowy kawałek, The Word fajnie buja w zwrotkach, Beautiful, Love and Blessed to popowy duet z Tamar - najsłabszy kawałek w tej części albumu. Przepiękna ballada The Dance daje czadu - Prince wydziera się jak za najlepszych lat. No i na koniec mamy świetny funkowy kawałek Get on the Boat, z fajnymi dęciakami. 3121 nie jest może najlepszym dokonaniem Księcia w XXI wieku, ale zdecydowanie jednym z lepszych.

Za to płyta jest wydana przepięknie. Oprócz zdjęcia Prince'a na okładce nie ma go nigdzie indziej! Są za to wnętrza z jego posiadłości z Los Angeles. Fajnie wkomponowano w to teksty utworów. Całość wydano w gustownym digipaku - bardzo ładne wydanie.

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

Wnętrze książeczki 8

Wnętrze książeczki 9

Wnętrze książeczki 10

Wnętrze książeczki 11

Wnętrze książeczki 12

Wnętrze książeczki 13

sobota, 6 stycznia 2018

Hawkwind - Live Seventy Nine (1980)

Data zakupu: 2 stycznia 2018 roku

Moja przygoda z Hawkwind była wieloetapowa. Pierwszy raz sięgnąłem po ich twórczość zachęcony zachwytami nad Space Ritual i okresem kiedy w zespole grał Lemmy. Kompletnie nie przypadło mi to do gustu, uważałem, że to nudna i bezsensowna muzyka, oparta na prostackich riffach. Całkowicie niezrozumiałe było dla mnie dlaczego nazywano tą muzykę space rockiem, skoro klawiszy i elektroniki było tam jak na lekarstwo (czyli bardzo mało). Bardziej przypominało to rock psychodeliczny z lat 60-tych i eksperymenty Pink Floyd z okresu A Saucerful of Secrets, niż to co zaprezentowali Ozric Tentacles w latach 80. i 90. XX wieku. Space Ritual odrzucił mnie całkowicie.

Parę lat później kumpel pożyczył mi debiutancki album zespołu. Zawarta na nim muzyka różniła się znacznie od tego co znałem wcześniej. Było więcej fajnego grania, sporo solówek gitarowych i saksofonowych, niektóre kawałki, choć mocno psychodeliczne, to miały spory urok. Największym atutem debiutu była obecność gitarzysty solowego, Huw Lloyd-Langtona - jego gra bardzo urozmaicała muzykę grupy. Polubiłem ten album i ponownie sięgnąłem po płyty następujące po nim. Nadal jednak mi się nie podobały. Hawkwind na długie lata poszedł w odstawkę - oprócz debiutu, do którego czasami wracałem z przyjemnością.

Sprawa powróciła po kolejnych latach, kiedy zespół Banco de Gaia wydał album Memories Dreams Reflections. Znalazły się na nim 3 covery: Echoes Pink Floyd, Starless King Crimson i kompletnie mi nie znany Spirit of the Age - nawet nie wiedziałem czyj to cover. Nie bardzo mi podszedł, częściej słuchałem tamtych dwóch. Dopiero później jakoś zaskoczył i okazał się być całkiem fajnym kawałkiem. Wtedy zorientowałem się, że to utwór Hawkwind. Dlatego też ponownie sięgnąłem po ich twórczość, tym razem jednak zacząłem od okresu po Lemmy'm. Na początku jednak nie zaskoczyło :-) Przesłuchałem kilka albumów i znowu porzuciłem Hawkwind.

W zeszłym roku coś jednak w końcu zaskoczyło - po przesłuchaniu Quark, Strangeness and Charm byłem zachwycony. Zarówno Spirit of the Age jak i Damnation Alley okazały się fantastycznymi piosenkami, a to był dopiero początek. Okazało się, że nie trawię okresu z Lemmy'm w składzie, natomiast bardzo podpasował mi okres od 1976 roku aż do 1992 i albumu Electric Tepee. Prawie każdy album mi się podoba. No bo w końcu pojawiło się mnóstwo klawiszy i elektroniki, na długi okres do zespołu powrócił Huw Lloyd-Langton, co zaowocowało wzmocnieniem brzmienia, zahaczającego czasami o metal (album Levitation), a na pewno dało wiele wspaniałych solówek gitarowych. No i lider zespołu Dave Brock też zmienił podejście do grania - zamiast wygrywać prostackie riffy, które potrafiłby zagrać nawet debiutant gry na gitarze, zaczął kombinować. 

I tak doszliśmy do opisywanego albumu. Nagrany w dość szczególnym okresie - Dave Brock zaczął wątpić w swoje umiejętności, a nawet w sens dalszego grania, zespół się prawie kompletnie rozleciał - odszedł m.in. Robert Calvert, który przez 3 lata był głównym wokalistą i twórcą słów. Odszedł też odpowiedzialny za wzbogacenie brzmienia klawiszowiec i skrzypek Simon House, nie było też skonfliktowanego z Brockiem saksofonisty i flecisty Nika Turnera. Zespół stanął na rozdrożu. Na szczęście szybko udało się pozyskać nowych muzyków. Do Brocka, basisty Harvey'a Bainbridge'a i perkusisty Simona Kinga dołączył dawny kumpel Huw Lloyd-Langton oraz znany z zespołu Gong klawiszowiec Tim Blake - ten sam, który stworzył wspaniałe dźwięki na płycie You.

Ten skład pojechał w trasę koncertową w 1979 roku. Brock nie wierzył w sukces, ale okazało się, że nowy skład był strzałem w dziesiątkę. Zespół zyskał nowe, mocniejsze brzmienie, głównie dzięki nowemu gitarzyście, który naprawdę pokazuje wspaniałą technikę - udaje mu się świetnie pogodzić granie a la lata 70-te jak i te nowocześniejsze, zaczynające się już lata 80-te. Zespół jest świetnie zgrany, chętnie improwizuje (Brainstorm) i zmienia aranżacje (Spirit of the Age). Na całej płycie jest ogromny ogień i radość z grania. W dodatku nie brakuje też nowych, fajnych kompozycji (Shot Down in the Night, Motorway City), a stare zyskują (Master of the Universe). Jest też jeden utwór autorstwa Tima Blake, wprowadzający chwilę wytchnienia (Lighthouse), wspaniale czarujący klawiszowym klimatem. Można powiedzieć, że space rock pełną gębą!

To był drugi, po Space Ritual, album koncertowy zespołu. Początkowo muzycy uważali, że te ich występy były takie sobie, ale kiedy przesłuchali taśmie, zmienili zdanie. W dodatku udało im się uzyskać kontrakt płytowy na dwa albumy z wytwórnią Bronze Records, co zdecydowało, że jednak postanowili działać dalej (Brock twierdzi, że gdyby nie ten kontrakt, historia Hawkwind zakończyłaby się w 1979 roku). Bronze wydało właśnie Live Seventy Nine, a parę miesięcy później światło dzienne ujrzał znakomity album Levitation, przez jednym uznawany za ostatnie wybitne dzieło zespołu, a przez innych, m.in. fanów metalu, za ich najlepsze dokonanie. Ale o tym kiedy indziej.

Udało mi się dorwał w dobrej cenie remaster z 2009 roku - niestety, większość zremasterowanych płyt CD Hawkwind jest horrendalnie droga - 60-70 zł. Oprócz podstawowych 7 utworów mamy tu też cały singiel Shot Down in the Night, czyli wersję radiową utworu oraz Urban Guerilla - również stary kawałek z okresu Lemmy'ego, który uzyskał nowe życie. Brzmienie jest fantastyczne, czyste i klarowne. Książeczka fajna, bardzo ciekawe opisy muzyków i historii zespołu z tego okresu - wyczerpujące temat. Gorzej z oprawą graficzną - kolory na okładce są okropne. Ale taki design tamtych lat, zresztą Hawkwind rzadko miał fajne okładki.

Ocena muzyki: 4/5

Single: Shot Down in the Night

Płyta zapakowana w folię - naklejka na folii

Okładka - już bez folii

Tył

Bok

Środek - pod tray'em reklama innych remasterów zespołu

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7