piątek, 29 listopada 2013

David Sylvian & Robert Fripp - The First Day (1993)

Data zakupu: 24 października 2011 roku

W okolicach 1992 roku Fripp zaczął już poważnie myśleć nad reaktywacją King Crimson. Miał nawet na celowniku nowego wokalistę - Davida Sylviana. Jednakże to zbyt wielka indywidualność, aby oddać się w 100% pod kuratelę Frippa, więc do tej wersji zespołu nie doszło. Panowie postanowili jednak wydać wspólny album, będący niejako preludium do tego, co ukazało się na płytach VROOOM i THRAK. Zwłaszcza, że oprócz Frippa w składzie znalazł się też późniejszy wieloletni basista KC - Trey Gunn. Oprócz nich składu dopełnili - na perkusji Jerry Marotta, który pojawił się na chwilę w KC (potem zastąpiony przez Pata Mastelotto), David Bottrill na klawiszach (najbardziej znany z wyprodukowania albumu Aenima Toola) oraz, czego wcześniej nie zauważyłem, wokalistka Ingrid Chavez (nie bardzo ją słychać), która nagrywała m.in. z Prince'm, Madonną i Lenny'm Kravitzem, a w międzyczasie była też żoną Sylviana. 

Muzyka zawarta na płycie to zdecydowanie rzecz bardziej Frippowa niż Sylvianowa. Jest tu bardzo dużo partii instrumentalnych, głównie gitarowych, klawiszowych i soundscape'owych (utwór Bringing Down the Light to w ogóle tylko soundscape Frippa - wokalu brak). Jakby zmienić wokal Sylviana na Belew - byłby prawie album KC. Prawie, bo tak długich i transowych kawałków jak Darshan King Crimson nigdy nie grywał. Klimat albumu jest naprawdę świetny (jak już się człowiek przyzwyczai do charakterystycznego wokalu Sylviana), niektóre melodie są doskonałe (Jean the Birdman), a niektóre fragmenty instrumentalne powalają (Firepower, 20th Century Dreaming). Minusem jest jedynie długość Darshan - 17 minut monotonnego łojenia to zdecydowanie za dużo, nawet jak na Frippa. 

Płyta wydana zgodnie ze standardami z początku lat 90-tych - czyli grubsza książeczka, zdjęcia, teksty, grafiki... Fajne.

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

czwartek, 28 listopada 2013

Gong - You (1974)

Data zakupu: 24 października 2011 roku

Po zapoznaniu się z niezłą płytą You Remixed postanowiłem sięgnąć po pierwowzór - czyli ponoć najlepszy album Gongu, You. No i faktycznie - dostałem przepyszny zestaw głównie progrockowego grania ze sporą dawką psychodelii, mnóstwem solówek zarówno gitarowych, klawiszowych jak i saksofonowych. Totalnie wpadłem w ten świat dziwacznych przygód Zero the Hero. Co ciekawe, w przeciwieństwie do poprzednich albumów Gongu, dominacja założyciela, Daevida Allena jest tu dużo mnie widoczna. Nad całością unosi się zdecydowanie duch gitarzysty, Steve Hillage'a. Zwłaszcza w najlepszych na płycie A Sprinkling of Clouds i Isle of Everywhere, gdzie mamy długie solówki, głównie instrumentalne granie o bardzo ciekawym brzmieniu syntezatorów - tego typu rozwiązania rozpowszechnią się dopiero 20 lat później!! Pod tym względem to dość prekursorski album. Bardzo fajnie wypada także Master Builder, gdzie wokal pojawia się dopiero po pierwszej połowie, a całość napędza świetny "om" riff gitarowy. Klasyk psychodelicznego rocka.

Wydanie w zwykłym pudełku, chyba dość wiernie odwzorowujący oryginalne grafiki winyla. Fajne zdjęcia, choć trzeba przyznać, że w zespole dominował specyficzny rodzaj urody - wszyscy byli raczej brzydcy...

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

środa, 27 listopada 2013

Omar Rodriguez-Lopez - Xenophanes (2009)

Data zakupu: 7 października 2011 roku

Po kilku płytach z muzyką prawie całkowicie instrumentalną, Omar postanowił nagrać album ze sobą jako głównym wokalistą. Zapewne na tą decyzję miały wpływ dwa fakty: po pierwsze jego związek z Ximeną Sarinaną, wokalistką i aktorką meksykańską, z którą nagrał kilka płyt solowych, a po drugie - pierwotnie Xenophanes miał być kolejnym albumem The Mars Volta (o czym był święcie przekonany perkusista Thomas Pridgen nagrywający ten materiał). Ximena występuje tu zresztą jako drugi wokal, bardzo często śpiewając w duecie z Omarem wszystkie partie wokalne. Wyszedł im album dość ciekawy, zawierający głównie piosenki, w dodatku prawie całkowicie pozbawiony pogłosów i eksperymentów elektronicznych, charakterystycznych dla poprzednich albumów Omara. W dodatku we wszystkich utworach gra tu pełny zespół, a nie tylko zbiór przyjaciół i kolegów, co kawałek inny.

Płyta świetnie się zaczyna: po krótkim intro mamy mocne uderzenie w postaci Mundo de Ciegos, ze świetną partią fortepianu (gra Mark Aanderud) i doskonałym refrenem. Potem następuje uspokojenie wraz z początkiem Ojo al Cristo de Plata, który jednak w drugiej części przybiera na mocy i tempie. Po słabszym, trochę nijakim Amanita Virosa mamy genialny, instrumentalny Sangrando Detras de Los Ojos, z przepiękną partią gtiary - szkoda, że taki krótki (niewiele ponad 2 minuty). Desarraigo zaczyna się świetną partią gitary, lecz później zaczyna nużyć - jest zdecydowanie za długi. Na szczęście kolejny numer, Asco Que Conmueve Los Puntos Erógenos, to już prawdziwa energetyczna bomba, ze świetną melodią i genialną solówką fortepianową (znów Aanderud). Po kolejnym, mało zapadającym w pamięci Oremos, dostajemy trzyczęściową mini-suitę Perder el Arte de la Razón sin Mover un Sólo Dedo, zakończoną fajnym duetem wokalnym. W sumie niezły album, z roku na rok lubię go coraz bardziej.

Płytę kupiłem, bo była dość tania (na Ebay'u). Wydana w ładnym digipaku z książeczką schowaną w kieszonce. Fajne zdjęcie w środku, szkoda, że w książeczce są tylko teksty utworów i nic więcej.

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

wtorek, 26 listopada 2013

Omar Rodriguez-Lopez - Megaritual (2009)

Data zakupu: 21 września 2011 roku

Solową działalnością lidera The Mars Volta zainteresowałem się dość późno, bo dopiero w połowie 2009 roku. Do tej pory odskoki od macierzystego zespołu różnych wykonawców wypadały raczej dość blado - albo była to słaba wersja tej samej muzyki, albo totalne eksperymenty, albo coś tak innego, że aż nie przystającego (oczywiście są od tego wyjątki). Dlatego też ominąłem szerokim łukiem płyty A Manual Dexterity z 2004 roku, Omar Rodriguez z 2005 czy Se Dice Bisonte, No Bufalo z 2007 roku. Jednakże w 2008 roku Omar zaczął wydawać jedną płytę po drugiej - w 2008 ukazało się ich 5, w 2009 - 6, nawet w 2007 roku dostaliśmy 2 albumy i 2 single. Dlatego też w pewnym momencie, zaintrygowany tym wydawniczym zalewem, sięgnąłem po album Megaritual - bez specjalnego wyboru, ot, tak, pierwszy mi wpadł w ręce. No i wsiąkłem.

Większość nagrań Omara to niesamowita kopalnia doskonałych pomysłów, które z różnych względów nie dostały się na płyty TMV. Wiele z nich ma dość eksperymentalną naturę (jak album Despair z 2009 roku czy duetu Omara z Jeremy'm Michaelem Wardem i Lydią Lunch), jednakże zdecydowana większość to po prostu utwory rockowe ze świetnymi riffami, solówkami, nierzadko okraszone sporą dawką eksperymentalnej elektroniki i efektów. Powoduje to, że niektóre jego albumy są mało przyswajalne przez nie wyrobionego słuchacza, co nie zmienia faktu, że fan muzyki rockowej znajdzie dla siebie wiele smaczków. Taką płytą jest Megaritual. Zanurzona w olbrzymiej ilości pogłosów, odgłosów, efektów i innych udziwnień, kryje w sobie mnóstwo grania w stylu lat 70-tych, ze świetnymi motywami gitary basowej, doskonałymi riffami i gęsta grą perkusji. Takie są np. pierwsze cztery nagrania na albumie, Panta Section czy Hands Vs. Helix. Nie brakuje jednakże też chwil wytchnienia - w Dispanec Triage dominuje partia fortepianu, a krótki Good is Repaid with Evil to trochę syntezatorowego grania. Muzyka jest bardzo bogata w brzmienia, co zaskakuje zważywszy, że Omar stworzył ją jedynie ze swoim bratem Marcelem. Bardzo lubię ten album i jakbym miał wybierać tylko jeden z 37 (!!) jakie nagrał do tej pory - byłby to właśnie ten.

Wydanie w tekturce, trochę imitujące winyl. Nawet niezłe, choć wolę zwykłe pudełka. Grafika - jak w większości płyt Omara - Sonny Kay. 

Ocena muzyki: 5/5

Okładka

Tył

Cieniutki bok

Środek

Rozłożona okładka

poniedziałek, 25 listopada 2013

Lizard 4 (3/2011)

Data zakupu: jesień 2011

Po dwóch płytkach skupiających się na polskich wykonawcach w kolejnym numerze Lizarda dostaliśmy składak zespołów zagranicznych. Składak zaskakująco różnorodny, gdyż oprócz tradycyjnie progrockowego grania (Wobbler, White Willow) mamy tu też pewną odmianę poezji śpiewanej (Rhys Marsh) i trochę metalu (In Lungua Mortua). Najlepiej wypadają Wobbler - zwłaszcza w nowszej kompozycji La Bealtaine, gdzie bardzo udanie starają się podrobić Yes, dorzucając jednak sporo od siebie - oraz Rhys Marsh - jego mroczna muzyka zahaczająca o gotyk robi naprawdę dobre wrażenie. Szkoda jedynie, że wskutek jakiegoś błędu w tłoczeniu dostaliśmy inne utwory niż ten opisany - z niego zostało początkowe kilkanaście sekund, natomiast później wskakuje nagle sam początek płyty Dulcima (czyli niecałe dwa kawałki). Ale nie zmienia to faktu, że to bardzo przyzwoite granie. Reszta płyty nie jest zła, ale też mało odkrywcza - jak folk rock Haakona Ellingsena czy prog The Opium Cartel. Słucha się jej z przyjemnością... robiąc coś innego.

Ocena muzyki: 3/5


piątek, 22 listopada 2013

Prince - Batman (1989)

Data zakupu: 13 września 2011 roku

To był chyba drugi album (po Lovesexy) Prince'a, który poznałem. Oczywiście wcześniej zostałem zaatakowany klipami do Batdance i Partyman. Była to też chyba moja pierwsza piracka kaseta, jaką posiadałem - nie pamiętam jak nazywał się wydawca, pamiętam jedynie, że naklejka na kasecie miała taki obleśny, złoty kolor. Jakość dźwięku była słaba, ale album pokochałem od razu. No i kocham do dziś. Mam co prawda zastrzeżenia do dwóch utworów, które nawet ukazały się na singlach - Scandalous za zbytnią pościelowość, a Partyman za trochę nijakość w melodii. Ale reszta to już same cuda. The Future czaruje rytmem i ascetyczną elektroniką, Lemon Crush i Electric Chair to już bardziej rockowe uderzenie, Trust i Vicki Waiting to przyjemne, popowe kawałki, natomiast The Arms of Orion to jedna z moich ulubionych ballad Prince'a. Natomiast na osobną laurkę zasługuje utwór Batdance (album Batman to jeden z niewielu albumów Księcia nie posiadający utworu tytułowego). Genialny sampling fragmentów filmu, świetna solówka gitarowa, no i to spowolnienie w połowie kawałka. Doskonała rzecz.

Ten album jest zarazem dokładnym przykładem jak były wydawane płyty pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku - nie zmienił się nic. A więc czarny tray, gruba książeczka z tekstami, informacjami i licznymi fotosami z filmu (jest tylko jedno zdjęcie Prince'a!!). Fajna pamiątka tamtych czasów.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

czwartek, 21 listopada 2013

My Dying Bride - 34,788%... Complete (1998)

Data zakupu: 16 sierpnia 2011 roku

Jak już pisałem, muzyka metalowa to raczej nie moja broszka. Zespołem My Dying Bride zainteresowałem się po przeczytaniu recenzji płyty Turn Loose the Swans w Tylko Rocku. Był to pierwszy raz, kiedy spotkałem się z terminem doom metal. A że byłem (i nadal jestem) fanem gry Doom... Za jakiś czas kolega zdobył ten album na kasecie i zagłębiliśmy się w czeluście mroku zawarte w tej muzyce. Muzyce niesamowicie mrocznej i powolnej - riffy gitarowe zdecydowanie osiągały prędkość walca jadącego z połową możliwej do osiągnięcia prędkości... Do tego ten demoniczno-uwodzicielski wokal... Brrr, aż ciarki przechodzą. W każdym razie było to dzieło naprawdę intrygujące, przynajmniej przez jakiś czas. Później raczej nie interesowałem się dokonaniami zespołu, sporadycznie coś tam czytając o nich. Właściwie dopiero gdzieś w okolicach 2005 roku ponownie zagłębiłem się w ich twórczość i z zaskoczeniem odkryłem album 34,788%.... Complete. Parafrazując tytuł - prawie kompletnie inny od tego, co prezentują na innych płytach. Co zresztą było celowym działaniem zespołu - chcieli trochę poeksperymentować z elektroniką. I dość ciekawie im to wyszło, choć nie do końca zerwali ze swoim podstawowym stylem (co słychać zwłaszcza w świetnym, powolnym Base Level Erotica).

Elektronikę mamy przede wszystkim w najdłuższym na płycie The Whore, The Cook and The Mother, gdzie jest świetny riff prowadzący, niezła melodia i refren oraz nagłe przejście w niezwykle atmosferyczny fragment elektroniczny. Gitara gra piękną melodię, a plamy syntezatorowe kontrastowane są rozmową wokalisty z komputerem (wzorowane na jednej ze scen z Blade Runnera), aby po paru minutach powrócić do metalowego grania. Drugim i to bardzo mocnym akcentem elektronicznym jest Heroin Chic, gdzie właściwie oprócz gitar co jakiś czas przeszywających utwór, wszystko mamy sztuczne - perkusję, klawisze, bas... Do tego gościnnie śpiewa jakaś panna, idealnie wpasowując się w melodeklamację wokalisty zespołu. Oprócz tych dwóch kawałków reszta jest już bardziej klasyczna (choć czasami mało przypominająca styl grania zespołu) - są fajne riffy (Apocalypse Woman), fajne melodie (The Stance of Evander Sinque, Under Your Wings and Into Your Arms). Całość robi dobre wrażenie, choć nie jest to coś, czym bym się zasłuchiwał non stop.

Posiadam reedycję bodajże z 2004 roku i jest to trochę biedne wydanie. Pomijam już mało udany design. Ale wydanie tego w digipaku bez książeczki (!), bez jakichkolwiek informacji o zespole (!!), jedynie z tekstami, to już jest trochę skandal. I nie rekompensuje tego fakt, że dostajemy jeden utwór więcej - wydawcy z Peaceville mogli się bardziej postarać.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

I reszta środka