czwartek, 31 lipca 2014

For Tune - Lizard 15 (lato 2014)

Data zakupu: 28 lipca 2014 roku

Przez dwa tygodnie byłem na urlopie i zastosowałem sobie mały detoks - nie zaglądałem prawie w ogóle do Internetu, nie słuchałem wiadomości, nie wiedziałem kompletnie co się dzieje na świecie... Spędzałem jedynie czas z rodziną i znajomymi. Cudowne doświadczenie, naprawdę polecam!! Odcięcie się od neta to wspaniała rzecz...

No i słuchałem sporo muzyki - ale wyłącznie staroci z lat 60., 70., 80... Takich co ukazały się wtedy na winylach. Nadrobiłem też trochę zaległości książkowych oraz (po raz kolejny) odświeżyłem sobie stare numery Lizarda. Naprawdę wartościowe pismo. W międzyczasie ukazał się nowy numer pisma, który zakupiłem dopiero w ten poniedziałek - dlatego recenzja płyty dopiero teraz.

Tym razem padło na polską wytwórnię For Tune, specjalizująca się w jazzie. W sumie jazz nie pociąga mnie w ogóle - jest dla mnie albo zbyt chaotyczny, mało melodyjny (choć są różne twarze tej melodyki) i ogólnie rzecz biorąc - nudny. Wolę jednak bardziej rockowe lub elektroniczne podejście do muzyki. Starałem się naprawdę nieraz zanurzyć się w takie granie i to z różnych stron - po prostu mi to nie gra. Nie przeczę, że dla fana może to być ciekawa muzyka - i taka jest na tej płytce - jednakże po jednym przesłuchaniu kompletnie nie chce mi się do niej wracać. Nie będę więc oceniał tej płyty, bo po prostu musiałbym jej dać dość niską ocenę - tylko dlatego, że mnie nie rusza taka muzyka. Są tu ciekawe fragmenty, słychać, że muzycy mają klasę i technikę, brzmienie też jest bez zarzutu. Ale ja poczekam na coś bardziej rockowego.


wtorek, 8 lipca 2014

Rollins Band - The Only Way to Know for Sure (2002)

Data zakupu: 30 czerwca 2014 roku

Bardzo fajny koncert. Jest niesamowicie energetycznie, bardzo rockowo, gitarzysta wycina znakomite solówki, sekcja daje czadu, a wokalista... jest jak zwykle. Czyli mocno, głośno i konkretnie. Niby nie przepadam za takim graniem, ale jednak Rollins Band ma w sobie to coś, co mnie pociąga. Lubię słychać tej płyty, podoba mi się szczególnie koncept przechodzenia jednego kawałka w drugi. Poza tym niektóre aranże wychodzą utworom na dobre np. Illumination w wersji koncertowej wypada dużo mocniej i lepiej, niż w wygładzonej wersji studyjnej. Może jedynie dobór materiału jest nieco mało satysfakcjonujący (brak czegokolwiek z Weight oprócz Disconnect, mała reprezentacja Come In and Burn), w dodatku pojawia się sporo nagrań spoza regularnych płyt (Ten Times, Marcus Has the Evil in Him, Nowhere to go but Inside), ale w końcu pochodzą one z tej samej sesji nagraniowej co promowany wtedy album Nice. Pasują więc idealnie.

Wydanie, jak na koncertówkę, dość bogate, tzn. książeczka ma więcej niż dwie strony, jest krótki esej Rollinsa, sporo zdjęć (głównie Rollinsa) i trochę informacji. W sumie takie sobie wydanie, ale też nie ma w nim nic odpychającego. Na drugim dysku znajdują się teledyski do trzech utworów i galeria zdjęć.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Dysk 2. Pod spodem intrygująco intymne zdjęcie Rollinsa

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

czwartek, 3 lipca 2014

Dead Can Dance - Spiritchaser (1996)

Data pierwszego zakupu: 17 czerwca 1996 roku
Data ponownego zakupu: 25 czerwca 2014 roku

Ostatni album DCD wydany przed rozpadem zespołu. Zdecydowanie słabszy niż poprzednie. Dominują rytmy afrykańskie i plemienne (Nierika, Song of the Stars, Dedicace Outo), wpływ Brendana jest dużo mniejszy niż Lisy. Właściwie tylko Song of the Dispossessed jest w jego stylu - to zresztą jeden z dwóch utworów w których Brendan śpiewa po angielsku. Co ciekawe - jest za to dużo więcej gitar. Niestety, większość utworów jest po prostu za długa - niektóre fragmenty są powtarzane dwa razy (Song of the Stars), a pewne motywy są wałkowane zbyt długo (Nierika). Przez to album się dłuży - słychać brak pomysłów i wypalenie muzyków. W sumie może dobrze, że się rozeszli na długie lata - przynajmniej powrócili 2 lata temu świetnym albumem Anastasis.

Wydanie skromne, choć estetyczne. Okładka ładna, wkładka dobrze skomponowana. 

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

wtorek, 1 lipca 2014

Kraftwerk - The Man-Machine (1978)

Data zakupu: 25 czerwca 2014 roku

Moja przygoda z Kraftwerkiem zaczęła się w czasach pirackich kaset, kiedy to na topie był album The Mix. Nie znałem jeszcze wtedy twórczości tego zespołu (jak się później okazała coś jednak znałem), a że była to łatwo dostępna, najnowsza pozycja, więc dokonałem zakupu tej kasety. Spodobała mi się - takie fajne, nowoczesne brzmienia, ładne melodie, długie kompozycje... Zapragnąłem czegoś więcej, więc szybko zostałem posiadaczem kolejnych kaset - Autobahn, Trans Europa Express i Electric Cafe. Po pozostałe pozycje udałem się do wypożyczalni płyt CD. No i trafiłem między innymi na Die Mensch-Maschine (czyli niemieckojęzyczną wersję opisywanej płyty).

Od razu się okazało, że przebój The Model oczywiście znam i to bardzo dobrze - w końcu to największy przebój zespołu. Za to wielkim zaskoczeniem była dla mnie oryginalna wersja The Robots - na płycie The Mix zyskała żywsze tempo i więcej dźwięków. Do dzisiaj wolę jednak zmiksowaną wersję - oryginał wydaje mi się zbyt powolny. Bardzo spodobały mi się za to utwory Spacelab, Metropolis i Neon Lights. Dwa pierwsze to znakomite, instrumentalne nagrania, ze wspaniałymi, analogowymi brzmieniami i miłymi melodiami. Natomiast ten trzeci ma tak fenomenalną partię instrumentalną, że do dziś ją uwielbiam. Najsłabiej w całym zestawie wypada utwór tytułowy - powolny, mechaniczny, lekko nudnawy. Nie zmienia to jednak faktu, że to album znakomity i bardzo go lubię. Cudowne analogowe brzmienia nie zestarzała się nic a nic.

A co ciekawe - będąc po wielkim wrażeniem zespołu Yello, z zaskoczeniem zauważyłem jak wiele patentów, nie tylko brzmieniowych, muzycy ze Szwajcarii zapożyczyli od niemieckiej kapeli. Doprawdy, niektóre patenty zostały dosłownie zerżnięte (np. motyw basu z Metropolis jest prawie identyczny z motywem w Ciel Ouvert Yello). W sumie się nie dziwię - The Man-Machine oraz późniejsza Computerworld to chyba najbardziej znane i wpływowe albumy Kraftwerku. Kto w końcu grał electropop w 1978 roku? Mało kto, a już na pewno nie na takim poziomie. 

Okładka może mało ciekawa, ale design już niezły. Rysunki inspirowane grafikami El Lissitzky'ego, fajne umieszczenie napisów... Jakoś mi się to podoba. Posiadam wydanie stare, pierwszy raz ukazało się na rynku w 1987 roku - moje tłoczenie jest z 1995 roku. Ma to sporo uroku, którego brakuje remasterom. Niestety, nie udało mi się kupić wersji niemieckojęzycznej - te chodzą dwa razy drożej. Ale w sumie to bez znaczenia. Ciekawostka - przy Spacelab i Metropolis Ralf Hutter jest wymieniony jako autor słów, ale w obu nagraniach jedyne słowa jakie padają to tytuły nagrań. 

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył i wspomniane grafiki

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki