poniedziałek, 30 września 2013

Orbital - Orbital (1991)

Data zakupu: 11 czerwca 2010 roku

Kolejny album, który poznałem dzięki wycieczce szkolnej do Londynu mojego przyjaciela (jeszcze parę takich płyt będzie). Tym razem przywiózł wersję na kasecie. I ciekawostka - każdy format tego albumu posiada unikalny utwór - na podwójnym winylu kawałek Macro Head, na kasecie utwór Untitled, a na CD jest nieopisane outro - znane jako I Think It's Disgusting. W każdym razie debiutancki album Orbitala jest absolutnie fenomenalny - zarazem minimalistyczny, jak i bogaty w ciekawe brzmienia i pomysły. I w dodatku, pomimo 22 lat na karku, nie zestarzał się. Chyba głównie dzięki temu, że króluje tu pewien specyficzny minimalizm dźwiękowy (oraz dobra produkcja). Jedni mówili, że ten album jest zimny i bezduszny, a inni chwalili niepowtarzalną atmosferę. Oczywiście popieram tych drugich. Klimat tego albumu jest rzeczywiście niespotykany - również na późniejszych płytach Orbitala. Dlatego też kiedy słyszę utwory takie jak The Moebius, Desert Storm czy Fahrenheit 303 mam ciarki na plecach. Moim zdaniem ta płyta to idealny hołd dla Kraftwerku - bracia Hartnoll idealnie potrafili rozwinąć ich pomysły muzyczne we własne.

Wydanie równie minimalistyczne. Właściwie z tyłu płyty są wszystkie niezbędne informacje - w końcu to płyta instrumentalna, niewiele potrzeba tekstu.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

piątek, 27 września 2013

Black Sabbath - Sabotage (1975)

Data zakupu: 11 czerwca 2010 roku

Sabotage była pierwszą płytą klasyków heavy metalu jaką poznałem. Zakupiłem ją na pirackiej kasecie firmy Takt i przez długie tygodnie katowałem się tą muzyką bez opamiętania. Bardzo mi się podobała - i świetne riffy, i skomplikowane utwory i nośne refreny. A przejście między Hole in the Sky i Symptom of the Universe w postaci króciutkiego utworu Don't Start (too late) uważałem za mistrzostwo świata. W dodatku te świetne klawisze w Am I Going Insane (radio) i cichutki, nastrojowy basik na początku The Writ przerywany wrzaskiem Osborne'a... Wszystko to składało się na idealny album. Pewnym zgrzytem był jedynie utwór Supertzar, który dzięki obecności chóru i podniosłych klawiszy okazał się najsłabszym i najbardziej kiczowatym utworem na płycie. Tak było wtedy, ok. 20 lat temu...

A teraz? Nic się nie zmieniło! Nadal jest to mój ulubiony album Black Sabbath i ze wszystkim co napisałem powyżej nadal się w zupełności zgadzam. Kompozycje są świetne, pełne fajnych pomysłów i ciekawych zagrywek. A lśni w tym wszystkim diament w postaci Symptom of the Universe - klasyk w każdym calu.

Natomiast temat okładki może pomińmy milczeniem - to zdecydowanie najgorsza okładka ze wszystkich albumów Black Sabbath. W dodatku często ląduje wśród najgorszych okładek płytowych wszech czasów. W środku jest ciekawy artykuł o powstawaniu płyty, teksty, parę zdjęć i... nic więcej. Trochę szkoda, zdjęć mogłoby być więcej.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka - kiedyś myślałem, że gość w czerwonych gaciach to Osborne, a ten po prawej to Iommi. A tymczasem ten pierwszy to Ward, a ten drugi to Osborne. Iommi siedzi.

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

czwartek, 26 września 2013

Prince - Sign'O'The Times (1987)

Data zakupu: 11 maja 2010 roku

Sign'O'The Times, przez wielu krytyków uważana za magnum opus Prince'a, była bodajże trzecim albumem tego wykonawcy, który poznałem (po Lovesexy i Purple Rain). Jeden z niewielu albumów, który zdobyłem dzięki usługom przegrywania płyt CD na kasety w pewnym punkcie usługowym na Rynku Głównym. Było to chyba w 1989 roku, więc miałem jedynie 13 lat, dlatego do głowy mi nie przyszło wtedy zapytać o tytuły utworów. Dostęp do informacji był wtedy szczątkowy, dlatego wiele utworów z tej płyty zatytułowałem "ze słuchu". Dlatego przykładowo It został nazwany przeze mnie Alright, a It's Gonna Be a Beautiful Night otrzymał tytuł Confusion (bo pod koniec coś takiego krzyczą). Nie miało też znaczenia to, że płytę nr 1 nagrano mi na drugą stronę kasety 90-minutowej, dzięki czemu długo żyłem w przeświadczeniu, że album zaczyna się utworem U Got the Look a kończy się kawałkiem Forever in My Life. Nie zwracałem na to uwagi. Najważniejsza była muzyka.

Obecnie uważam, że to jeden z najlepszych albumów Księcia i że jego oceny są bardzo słuszne. Utwory są niesamowicie urozmaicone, jest funk, jest pop, jest rock, jest electro, są ballady pościelowe i elektroniczne, a nawet odrobina jazzu (w świetnych solówkach gitarowych w I Could Never Take the Place of Your Man). A nad wszystkim góruje absolutnie genialny i ponadczasowy utwór tytułowy, który jest idealnym przykładem, że dobrze zrobiony minimalizm jest czymś, co potrafi porywać. Sam rytm, odrobina klawiszy i trochę gitary wystarcza. Ale oprócz niego mamy również świetne: kolejny minimalistyczny przykład w postaci It, electro kryjące się w Housequake (na początku nie lubiłem tego kawałka), doskonałe The Ballad of Dorothy Parker, które nawet w dzisiejszych czasach brzmi świeżo czy natchniony, mocno hipisowski utwór The Cross... Nawet ckliwe ballady Slow Love i Adore mają sporo uroku - co ciekawe w tej ostatniej najlepiej wypada właśnie wokal Prince'a. A nagrany na koncercie kawałek It's Gonna Be a Beautiful Night daje obraz tego jak doskonałe występy dawał kiedyś Książę.

Niestety za dobrą muzyką nie idą ładne wydania płyt. Okładka jest jeszcze niezła, ale w środku bida z nędzą. Białe tło, teksty utworów i... tyle. Na remastery zapewne nie ma co liczyć (przynajmniej dopóki Prince żyje), więc trzeba brać to co jest.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Płyta nr 1

Płyta nr 2

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

Wnętrze książeczki 8

Wnętrze książeczki 9

Wnętrze książeczki 10

Wnętrze książeczki 11

środa, 25 września 2013

Yes - Close to the Edge (1972)

Data zakupu: 15 kwietnia 2010 roku

Jak napisałem wcześniej uważam, że utwór Close to the Edge to najlepsze co zespół Yes stworzył. Jest to utwór fantastycznie skomponowany, w którym fragmenty stricte rockowe idealnie sąsiadują z momentami epickimi i w którym popowa stylistyka łączy się z elementami muzyki klasycznej. Początek zaczyna się mocno ambientowo, aby nagle przejść w rockową jazdę bez trzymanki ze świetną gitarą Howe'a. Niespodziewane pojawienie się partii wokalnej jest jak "uderzenie pięścią" (cytat z tekstu w książeczce), po czym przechodzimy do części przebojowej utworu, która po krótkim fragmencie instrumentalny ponownie przekształca się w ambient - tym razem z wokalem. Część tą wieńczy podniosły fragment zagrany na kościelnych organach. Ten nastrój burzy najpierw wejście syntezatora Mooga, a następnie gwałtowny powrót do melodii z pierwszej części utworu. Samo to przejście jest absolutnie mega genialne i za to należy się chwała muzykom. 

Dwa pozostałe utwory są moim zdaniem już dużo słabsze. And You And I to taka długaśna balladka z fajną środkową częścią syntezatorową, lecz całościowo robiąca wrażenie zbyt wydłużonej. Siberian Khatru zaczyna się niezłym riffem gitarowym, w dodatku partia wokalna ma ciekawą melodię, ale też jest zbyt długi - końcowe solówki na gitarze i klawiszach wydają się nie mieć końca... Ogólnie rzecz biorąc to dobry album, ale nie nazwałbym go najlepszym w karierze zespołu.

Jako bonusy mamy singiel America i ponownie wersje demo dwóch kawałków (i ponownie nie wiem po co, nudne to i nieciekawe). Digipak jak zwykle piękny. Natomiast okładka należy do jednych z najsłabszych w karierze Yes - zwykłe, dwukolorowe tło i (po raz pierwszy) charakterystyczne literki Roger Deana to trochę mało. Zwłaszcza, że jego piękne grafiki znajdziemy w środku digipaka w całej okazałości (w oryginale były one wewnątrz okładki winyla - jakby nie można było dać tego na wierzch). Fajne zdjęcia - też jak zwykle.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Tekturowa obwoluta po lewej i digipak po prawej

Tym razem na digipaku są jakieś napisy - ciekawe, że jest to spis muzyków zamiast spisu utworów

Otwarty digipak - widoczny okropny nadruk na CD

I cały środek z pięknymi rysunkami Rogera Deana

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

wtorek, 24 września 2013

Yes - Relayer (1974)

Data zakupu: 8 kwietnia 2010 roku

Płyta, której nie doceniłem na początku, kiedy miałem ją wypożyczoną na CD w 1993 roku (jak wszystkie płyty Yes). Wtedy jedynie To Be Over zwróciło moją uwagę. Dziwne, bo suita The Gates of Delirium jest absolutnie fenomenalna, moim zdaniem, to po suicie Close to the Edge drugi najlepszy utwór Yes w ogóle. Widocznie potrzebowałem czasu, aby docenić ten kawałek. Zaczyna się mocno, a potem robi się jeszcze bardziej dramatycznie ("bitewnie"), aby pod koniec unieść się na skrzydłach delikatności za pomocą fragmentu Soon. Piękny utwór. Sound Chaser to najsłabsza pozycja na płycie, mocno jazzowa (nietypowo jak na Yes), moim zdaniem nużąca pod koniec. A To Be Over to piękna balladka. W sumie bardzo udana płyta, do której często wracam dzisiejszymi czasy.

Wśród bonusów - singiel Soon oraz wersja demo The Gates of Delirium - ta ostatnia mało ciekawa.

To także remaster Rhino, tak jak i Fragile, wydany w pięknym digipaku, zapakowanym w tekturową obwolutę. W przeciwieństwie do Fragile nadruk na CD jest super i zawiera fragment okładki. Okładka należy do jednych z najlepszych autorstwa Roger Deana - nawet jak na wysokie standardy Yesowych okładek. Książeczka - jak zwykle - bogata i z ciekawym tekstem opisującym historię powstawania albumu. Fajne zdjęcia.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył tekturki

Tekturka po lewej, digipak po prawej

J.w. - tradycyjnie - na digipaku brak napisów

Bok

Rozłożony digipak

Digipak w pełnej krasie

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5