środa, 31 grudnia 2014

40 moich najukochańszych płyt

Mam płyty, które uwielbiam i niesamowicie cenię. Mógłbym ich wymienić więcej, nawet 100 lub 200, aczkolwiek jednak tych naj naj, uzbierałem zaledwie 40 (no, może dociągnąłbym do 50, ale kręciłbym nosem). Co ciekawe - wszystkie już posiadam na CD (choć niektóre nie w tych wersjach, które bym chciał). Oto one (kolejność alfabetyczna):

Yello - Baby (1991)
Yes - Drama (1980)

Może parę pozycji zaskakuje w stosunku do moich poprzednich deklaracji (Yes, Porcupine Tree), ale w końcu tylko krowa nie zmienia poglądów. Zresztą, za rok może to wyglądać całkiem inaczej.

Parę pozycji jest oszukanych, gdyż kocham te płyty jedynie w wersjach z dodatkami. Dotyczy to albumów Leftfield i The Future Sound of London - o dodatkach już pisałem. Natomiast płyty Porcupine Tree, Underworld i obie Orba wolę bez dodatków. Aczkolwiek posiadam takie, jakie posiadam. No i to tyle w tym roku.


Szczęśliwego Nowego Roku!!!

wtorek, 23 grudnia 2014

Yello - Essential (1992)

Data pierwszego zakupu: 24 grudnia 1998 roku
Data ponownego zakupu: 18 grudnia 2014 roku

Ten składak Yello to, podobnie jak ten Rush, zestaw nagrań, które posiadam na regularnych płytach. Wyjątkiem jest fakt, że większość nagrań pojawia się tutaj w wersjach radiowych. Jedynym rodzynkiem na całej płycie jest unowocześniona wersja The Rhythm Divine - kompletnie nowy podkład, z fajną, gwizdaną solówką. Niemniej uwielbiam ten zestaw, słucham tej płyty bardzo często, nawet mojej córeczce się podoba.

Był to jeden z pierwszych albumów na który czekałem z niecierpliwością. Moja miłość do Yello osiągała wtedy apogeum i nie mogłem się doczekać kiedy pojawi się w wypożyczalni płyt kompaktowych (na piracką kasetę nie liczyłem i słusznie, bo Takt nigdy jej nie wydał, a wtedy już innych wydań nie kupowałem). Kiedy w końcu zauważyłem ją w sklepie płytowym, z namaszczeniem obejrzałem okładkę (niezbyt ładną) oraz przestudiowałem spis utworów. A potem, niczym Piotr Kosiński z Rock Serwisu, przepisałem tracklistę do zeszytu i w domu analizowałem na wszelkie możliwe sposoby... Tak, byłem totalnie zakręcony na Yello. Oczywiście później dorwałem album w wypożyczalni płyt i to było kolejne święto...

W końcu, w 1998 roku zakupiłem sobie kompakt. Co ciekawe album ten został ponownie wydany w 1995 roku jako Essential Christmas, z tekturową obwolutą nawiązującą do filmu Santa Clause (raczej nie odniósł wielkiego sukcesu), z którego to pochodzi nagranie dorzucone na końcu płyty, Jingle Bells (takie sobie, Boris Blank do dzisiaj go nie znosi). A ponieważ w międzyczasie zespół dorobił się kolejnego albumu, Zebra, dodano też nagranie Tremendous Pain (trzeci singiel z tamtej płyty), który ładnie pasuje do tej składanki. Co ciekawe, uaktualniono także książeczkę - ale o tym potem.

Nagrania singlowe Yello są takie jak trzeba - mają wpadające w ucho melodie, refreny, choć nie stronią od odrobiny szaleństwa dźwiękowego (Oh Yeah, The Race, Pinball Cha Cha). Większość nagrań już pojawiła się wcześniej na albumie The New Mix in One Go, w dodatku parę nagrań nie pojawia się tu w wersji płytowej, lecz właśnie z tamtej, uaktualnionej brzmieniowo składanki (Bostich, Pinball Cha Cha, I Love You). Sporym zaskoczeniem jest umieszczenie unikalnej wersji Oh Yeah, z dodatkowym wokalem Dietera Meiera - do tej pory dostępnej jedynie w... teledysku do tego nagrania z 1987 roku. Nie wiem też czemu umieszczono tu nagranie Drive/Driven, które oficjalnie nie pojawiło się żadnym singlu. Jak widać zwykły składak dla fana kryje parę niespodzianek.

Przez nieuwagę (i brak owoluty) zakupiłem ponownie wersję rozszerzoną. Polowałem co prawda na wydanie z 1992 roku, ale w sumie to wszystko jedno - słowo Christmas nie pojawia się nigdzie (na szczęście). Bardzo podoba mi się książeczka - jest ładna, utwory zostały dokładnie opisane, a wszystkie wcześniejsze płyty wyszczególnione na poszczególnych stronach (nie brakuje też Zebry). Szkoda tylko, że brzydka okładka została w środku powtórzona kilka razy w różnych wariantach kolorystycznych.

Ku swemu zaskoczeniu, podczas porządków przedświątecznych, odkryłem w czeluściach szafki zakurzone pudełko z kasetą VHS zawierającą teledyski Yello. Zakupiłem ją lata temu i kompletnie o niej zapomniałem. W dodatku, o ile się orientuję, nie jest to oryginalne wydanie, lecz pirat, których było sporo w tamtych czasach (w okolicach 1993 roku). Oczywiście oglądałem tę kasetę wiele razy, z zaskoczeniem i pewną złością odkrywając, że Jungle Bill znajduje się tu w unowocześnionej wersji znanej z singla, a nie z płyty. Naturalnie, dzięki pomocy ojca, udało mi się zgrać z wideo dźwięk na kasetę. Dzięki temu już wtedy mogłem słuchać tej ciekawej wersji (nie zważając na kiepską jakość nagrania). Dzisiaj kaseta ma jedynie wartość sentymentalną - na DVD ukazała się jedynie w Rosji. Co ciekawe, większość nagrań powtórzono na płycie DVD dołączonej do zestawu Yello by Yello: The Anthology z 2010 roku, ale nie wszystkie!! Nie wiem czemu pominięto chociażby Rubberbandman... Nie znane są wyroki wytwórni płytowych (i muzyków).

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify
Ocena wideo: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

Kaseta wideo - przód

Kaseta wideo - tył

Kaseta wideo - bok

Kaseta wideo - środek

piątek, 19 grudnia 2014

Rush - Time Stand Still: The Collection (2010)

Data zakupu: 18 grudnia 2014 roku

Lubię składanki, po prostu niektóre układy utworów wydają mi się na tyle udane, że słucham ich z przyjemnością. Co prawda najczęściej są to zestawy nagrań, które mam na regularnych albumach danego zespołu, ale w niczym mi to nie przeszkadza. W dodatku dochodzi do tego sentyment i inne, nieopisywalne uczucia, szczególnie jeżeli chodzi o moich ulubionych wykonawców. Nie inaczej jest z tym składakiem Rush. Zawiera nagrania z lat 1974-1987, w dodatku te najbardziej znane, lubiane i przebojowe (może oprócz By-Tor...). Nie brakuje ani Toma Sawyera, ani Closer to the Heart, ani Limelight czy The Spirit of Radio. Idealne do słuchania w samochodzie.

Bardzo zaskoczyła mnie strona edytorska wydawnictwa. Świetne grafiki, zdjęcia, spora książeczka zawierająca krótki, ale ciekawy esej, opis utworów i okładki płyt z których one pochodzą (pominięto płyty, z których nagrań nie zaczerpnięta jak Caress of Steel czy Signals). Bardzo fajny składak.

Ocena muzyki: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

wtorek, 16 grudnia 2014

Waltari - Big Bang (1995)

Data pierwszego zakupu: 8 stycznia 1998 roku
Data ponownego zakupu: 15 grudnia 2014 roku

Album ten kojarzy mi się jednoznacznie z jesienią 1995 roku. Wtedy to zacząłem edukację na studiach, a że z domu na uczelnię miałem jakieś 25 minut piechotą, więc kaseta z Big Bang często lądowała w moim walkmanie. Ponieważ studia, a zwłaszcza ich początek, wspominam bardzo miło, dlatego też ta muzyka wiecznie będzie mi się kojarzyć z tamtymi czasami. Nowi, fajni ludzie, nowe sytuacje, w dodatku pewna piękna dziewczyna na zajęciach z języka angielskiego...

Zespół Waltari poznałem dzięki koledze rok wcześniej. Wtedy to zespół objawił się jako świetny mieszacz gatunków. Na ich albumie So Fine! z 1994 roku można było usłyszeć metal, funk, techno, death metal, pop, rock i wiele innych. W połączeniu z charakterystycznym, wysokim głosem wokalisty stworzyło to fenomenalną mieszankę. Bardzo spodobał mi się ten album, dlatego niezwłocznie zaopatrzyłem się w ich kolejne dokonanie, zaraz po tym, gdy kaseta pojawiła się w sklepach. Album Big Bang do dziś jest uważany za największe dokonanie zespołu. Faktycznie, muszę przyznać, że ich kombinacje stylistyczne tutaj osiągnęły swoje apogeum. Zespół umiejętnie połączył ostre gitarowe riffy ze świetną (choć czasami dyskretną) elektroniką, nie stroniąc ani od popu (Follow Me Inside, The Stage), ani od metalu (Sensitive Touch, Showtime, Let's Get Crucified), ani funku (Jankha, One in the Line), ani tego z czego zasłynęli - mieszanki ostrego techno z gitarowymi riffami (Feel!). Wszystko zostało w dodatku świetnie wyprodukowane, zagrane (solówki gitarowe!) i zaśpiewane (w One in the Line pojawia się nawet wstawka rapowana). Co prawda po pierwszych znakomitych utworach pojawiają się cztery słabsze (On My Ice, Showtime, Color TV, The Stage), ale później zostaje już tylko to co najlepsze. Znakomity album.

Fajnie, że są teksty utworów we wkładce, fajne są bardzo szczegółowe opisy kiedy kto co skomponował, nagrał i jacy goście wystąpili na płycie. Zdjęcie jest jedno, w dodatku słabe, ale poza tym nie ma się do czego przyczepić.

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki 1

Wnętrze wkładki 2

Wnętrze wkładki 3

piątek, 12 grudnia 2014

Various - Mortal Kombat Soundtrack (1995)

Data zakupu: 11 grudnia 2014 roku

Filmu Mortal Kombat nigdy nie oglądałem, w grę, i owszem, grałem, choć nie bardzo przypadła mi do gustu (wolę inne gatunki). Natomiast płyta z muzyką do filmu przyciągnęła mnie paroma nazwami takimi jak Fear Factory, Type O Negative czy Orbital. No i nie zawiodłem się. Królują głównie industrial z elektroniką na spółę z metalem. Początek płyty jest bardzo fajny. Nie znany mi wcześniej zespół Gravity Kills (podróba Nine Inch Nails) gra bardzo melodyjnie, KMFDM w remiksie Giorgio Morodera to już utwór klasyczny, Psykosonik w miksie Josha Winka bardzo acidowy i przyjemny. Nie ustępuje im psytrance'owy mix utworu Traci Lords autorstwa Juno Reactor. Potem już przestaje być tak fajnie. Za tym kawałkiem  Orbitala nigdy nie przepadałem, Utah Saints i The Immortals przerabiają główny motyw z gry - wyszła z tego straszna, dyskotekowa sieczka. Napalm Death i Bile to wyziewy grind metalowe, natomiast Mutha's Day Out to granie garażowe w wykonaniu jakichś dzieciaków. W każdym razie słabe kawałki. 

Dobrze wypadają za to nagrania sprawdzonych wykonawców: Fear Factory i Type O Negative (choć są to utwory znane z płyt). Absolutnym hitem jest za to dla mnie kawałek G//Z/R. Zespół założony przez Geezera Butlera z Black Sabbath z Burtonem C. Bellem (Fear Factory) na wokalu. Doskonały, ciężki, mocno riffujący, ze świetnym śpiewem i doskonale brzmiący. Najlepszy kawałek na płycie. W sumie płyta w większości mi się podoba.

Wydanie bardzo skromne, trochę szkoda, że zdjęć z filmu jest tak mało. Trudno.

Ocena muzyki: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

środa, 10 grudnia 2014

Tiamat - Wildhoney (1994)

Data zakupu: 10 grudnia 2014 roku

Chyba jedyny prog-metalowy album jaki lubię. Choć właściwie tego metalu jest tu raczej niewiele - riffy w Whatever that Hurts, The Ar i trochę w Visionaire to właściwie wszystko co zostało z metalu na tym albumie. Poza tym mamy sporo prog-rocka (Gaia, A Pocket Size Sun, Do You Dream of Me?) oraz mnóstwo ambientowej przestrzeni (tytułowy, 25th Floor, Kaleidoscope i Planets). Właściwie na płycie znajduje się zaledwie 6 utworów właściwych i 4 przerywniki. Wszystko zostało skomponowane jako jedna całość, w stylu najlepszych płyt Pink Floyd. Taki był zresztą cel Johana Edlunda - lidera Tiamat. Sam nawet mówił, że ta płyta to "marzenie młodego chłopaka, aby zabrzmieć jak Pink Floyd". I muszę przyznać, że udało mu się to znakomicie. Płyta jest świetna, ma fantastyczny klimat, utwory są przemyślane i ciekawie skonstruowane, brzmienie jest czyste i klarowne. Jedynym mankamentem może być charczący wokal Edlunda w Whatever that Hurts i Visionaire, ale nie przeszkadza to tak bardzo, zwłaszcza, że w innych utworach śpiewa czysto. Pomimo faktu, że wiele brzmień z tej płyty się dość zestarzało, a niektóre patenty mogą razić prostotą (Gaia), to i tak jest to fajna rzecz. A utwór A Pocket Size Sun jest jednym z moich ulubionych utworów w ogóle i mogę do niego wracać dość często.

Recenzent w Tylko Rocku zachwycał się pięknym wystrojem książeczki i wcale mu się nie dziwię. Zdjęcia i rysunki są naprawdę ładne i idealnie pasują do klimatu płyty. Jedyne co mnie trochę śmieszy to wykorzystanie standardowych czcionek z CorelDRAW - już wtedy zalatywało mi to lekką amatorszczyzną. Ale poza tym jest bardzo dobrze. Fajny patent z umieszczeniem informacji wydawniczych pod tray'em.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5