piątek, 31 stycznia 2014

Omar Rodriguez-Lopez - Old Money (2008)

Data zakupu: 11 lutego 2013 roku

Płyta Old Money miała być kolejnym albumem zespołu The Mars Volta, wydanym po Amputechture. Omar stwierdził jednak, że nie bardzo odpowiada ona jego wyobrażeniom i trafiła na półkę. Po dwóch latach ukazała się w (chyba) hip-hopowej wytwórni Stones Throw. Muzyka całkowicie instrumentalna, bardzo rockowa - gitara dominuje, szczególnie w absolutnie genialnym utworze tytułowym. Przez ponad 9 minut mamy właściwie jedynie solówkę Omara na tle świetnie grającej sekcji. Genialny kawałek, jeden z najlepszych w karierze gitarzysty. Pozostałe utwory są już różne. Zaczyna się świetnie - The Power of Myth to rockowy wykop. Potem robi się mocno psychodelicznie - 2 kolejne kawałki oprócz niezłych riffów czy melodii okraszone są mocno pogłosami i efektami - momentami ciężka rzecz. Są też gitarowe przerywniki w postaci 1921 i Vipers in the Bosom. I Like the Rockefellers'... ma fajny motyw gitarowy. W sumie dość udana płyta, wśród fanów Omara bardzo ceniona.

Wydanie bardzo ładne - świetna stylizacja na XIX-wieczne grafiki, w ładnych, stonowanych kolorach. Trochę szkoda, że informacja kto gra w danym kawałku znajduje się pod płytką i tray'em - utrudnia to delektowanie się opisami...

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

czwartek, 30 stycznia 2014

SBB - Iron Curtain (2009)

Data zakupu: 30 stycznia 2013 roku

W latach 90-tych ubiegłego wieku SBB reaktywowało się kilka razy. Na początku dekady nawet w klasycznym składzie. Zagrali trochę koncertów w Polsce (dokumentuje to album Live 1993) oraz w USA (Live in America '94). W trakcie tej wizyty perkusista Jerzy Piotrowski postanowił pozostać na stałe w tym kraju. Pozostali muzycy tria wrócili do kraju i od czasu do czasu grywali koncerty w różnych składach (albumy Absolutely Live '98, W filharmonii Akt 1 i 2) aż w końcu, na początku XXI wieku, na dobre się zreaktywowali. Nowym perkusistą został Paul Wertico, pałker raczej jazzowy (znany ze współpracy z Patem Metheny), co zapewne miało wpływ na nową muzykę tria. Po niezły, koncertowym Good Bye! dostaliśmy w 2001 roku singiel The Golden Harp oraz pełny album Nastroje (2002). Oba pokazywały zespół w znacznie zmienionym repertuarze (w stosunku do nagrań z lat 70-tych) o charakterze dużo łagodniejszym, bliższym poprocka i popu, ze sporymi elementami jazzu. Muzyka stała się miałka, nieciekawa, w dodatku barwa głosu Skrzeka zmieniła się w znacznym stopniu, momentami brzmi jakby się strasznie męczył i nie dawał rady śpiewać tego, co sam wymyślił. W dodatku barwa jego syntezatorów brzmiała jakbyśmy nadal mieli lata 80-te, a nie XXI wiek. Co ciekawe - na koncertowych albumach było dużo ciekawiej. Zarówno wspomniany album Good Bye! z 2000 roku, jak i Trio - Live Tournee 2001 z 2002 roku przedstawiały zespół w dobrej formie, koncentrujący się na improwizacjach - choć bardziej jazzujących, niż rockowych. Sprawy nie poprawił wydany w 2005 roku album New Century, zawierający nową wersję Odlotu - mdły, nijaki, z fatalnymi melodiami, nadal skupiający się na piosenkach. Pogorszyła się też jakość koncertówek. Odlot - Live 2004 z 2005 roku i Live in Spodek 2006 zawierały słabe wykonania znanych już utworów, częstokroć w bardzo zmienionych aranżach (Memento z banalnym tryptykiem), dopasowanych do obecnego grania.

Sprawa zmieniła się diametralnie wraz ze zmianą perkusisty. Nowym pałkerem został Gabor Nemeth, znany m.in. z węgierskiego zespołu Skorpio. Gracz typowo rockowy pozwolił rozwinąć skrzydła zespołowi - na wydanym w 2007 roku albumie The Rock SBB znowu zaczęło grać mocniej, ciekawiej, stawiając na warstwę instrumentalną. Ciekawe - Nemeth nie miał zbytniego wpływu na tworzenie utworów, a mimo to Skrzek i Apostolis zaczęli tworzyć lepsze nagrania.

Album Iron Curtain, nagrany w tym samym składzie, nie jest już tak dobry jak The Rock, ponownie pojawiają się zwykłe piosenki, ale, nie wiedzieć czemu, bardzo go lubię. I to chyba nawet bardziej niż poprzednika. Nie przeszkadza mi, że utwór tytułowy ma prawie bliźniaczą linię melodyczną zwrotek jak Will You Be There Michael Jacksona. Nie przeszkadza mi, że w Góry tańczące autorowi tekstu brakło weny i właściwie składa się on prawie wyłącznie z refrenu. Po prostu te piosenki, oraz wplecione między nie kawałki instrumentalne podobają mi się i tyle. Fajna płyta, żadna rewelacja, bez większym wpadek... Wyjątkiem jest znakomity utwór Defilada - prawie instrumentalny, nawiązujący do szaleństw z lat klasycznych zespołu. 

Uparłem się przy zakupie wersji w digipaku. Dzięki temu posiadam 2 utwory więcej. O ile jednak Nieśmiertelność to taki sobie rockowy kawałek, to już instrumentalna Aleatoryka jest dość ciekawa, zwłaszcza w partii perkusyjnej - bo syntezatory znowu zalatują latami 80-tymi. Poza tym kolorystyka okładki mi się podoba. W przeciwieństwie do czcionek z tyłu okładki i absolutnie amatorskich i fatalnych zdjęć członków zespołu. Okropnie się patrzy na te kadry - co widać poniżej.

Ocena muzyki: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

wtorek, 28 stycznia 2014

SBB - Follow My Dream (1978)

Data zakupu: 3 stycznia 2013 roku

No i wkroczyłem w ubiegły rok. Mała statystyka: 22 płyty CD zakupione (żadna nie została wydana w 2013 roku), w tym 5 już opisałem (czyli był to ponowny zakup). Tym razem nie było jakieś dominującego wykonawcy - najwięcej płyt, bo aż 3, zakupiłem SBB i Dead Can Dance, po 2 - Prince'a, Yes i Petera Gabriela. Tak jakoś wyszło - w tym roku zapewne będzie podobnie. 

Follow My Dream to album wyjątkowo klasyczny - jest chyba najbardziej znaną płytą zespołu. Pierwszy album przygotowany na rynek zachodni, nagrany w RFNie, zawierający niektóre znane już motywy, ale w większości wypełniony nową muzyką. I, co ciekawe, momentami dość przystępną (utwór tytułowy). SBB ponownie nagrało dzieło składające się z dwóch długich suit, ale tym razem postanowili podzielić je na poszczególne części - co ułatwia odsłuch i orientację. No i ponownie wznieśli się na wyżyny swoich możliwości, z jednym małym wyjątkiem - gitary Apostolisa jest tu wyjątkowo mało. Dominują syntezatory Skrzeka - jest to chyba najbardziej elektroniczne dokonanie zespołu. Nie zmienia to faktu, że album jest doskonały, spokojnie można powiedzieć, że to jedno z ich najlepszych dokonań (powalający duet perkusyjno-klawiszowy w 3rd Reanimation czy popis Skrzeka w (Żywiec) Mountain Melody). Szkoda tylko, że obie suity zostały tak zamęczone na koncertowych albumach - co druga taka płyta zawiera suitę Going Away...

Jako bonusy mamy 3 doskonałe kawałki. Świetne Królewskie marzenie Apostolisa z delikatnym, ambientowym tłem, niezłe Dla przyjaciół, czyli Skrzek solo, no i fenomenalna suita Wiosenne chimery z fortepianowym wstępem i ogniem perkusji w dalszej części. 

Okładka też jest chyba najbardziej znana ze wszystkich płyt SBB. Dziwaczna, ale za to kolorowa. Jak zresztą cały digipak. Co ciekawe - nigdy w żadnym sklepie nie widziałem wydania w digipaku. Tą wersję dorwałem na Allegro i w sumie się cieszę - ładnie jest wydana. Dobrze, że w książeczce zamieszczone zostały zdjęcia z filmu Follow My Dream - zawsze to jakaś odmiana po zwykłych zdjęciach muzyków.

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Soleil Zeuhl - Lizard 9 (zima 2012)

Data zakupu: zima 2012

Nie będę owijał w bawełnę, walnę od razu - jest to najlepsza płyta jaka pojawiła się w piśmie Lizard!! Absolutnie genialny zestaw wybitnej muzyki (głównie instrumentalnej), której słucha się z niesamowitą i niekłamaną przyjemnością. Celem składanki było przedstawienie zjawiska znanego jako "zeuhl", ale moim zdaniem wykracza ona poza te ramy - i bardzo dobrze. Dzięki temu oprócz zespołów grających rzeczy stricte "zeuhlowe" jak Dun, Eskaton czy Corima mamy też sporo fajnego, mocno gitarowego grania (BBI czy One Shot), w których słychać zarówno spore umiejętności grających, jak i frajdę z grania. W dodatku cały składak świetnie zmiksowano - utwory przechodzą niejako jeden w drugi, tworząc jedną, wielką całość. Jest to jedna z dwóch płyt Lizarda, której słuchałem w odtwarzaczu mp3 - m.in. przy odśnieżaniu podjazdu przed domem...

Jedynym minusem tej płytki jest fakt błędów w opisie, np. Dun, Unit Wail i Eskaton znajdują się w innych miejscach, niż napisano na płytce, dodatkowo Unit Wail ma źle opisany tytuł. Na szczęście to drobiazgi, które nie wpływają na odbiór płytki.

Ocena muzyki: 5/5


PS. Wygląda na to, że między dwoma numerami Lizarda, będącego kwartalnikiem, nie kupiłem nic. Nie jest to prawdą, zakupiłem wtedy 3 płyty CD, które po prostu już opisałem wcześniej: Superunknown i Down on the Upside Soundgarden oraz Shaking the Tree Petera Gabriela. To w ramach ponownego zakupu tego, czego się kiedyś pozbyłem.

piątek, 24 stycznia 2014

Autumn Breeze - Lizard 8 (jesień 2012)

Data zakupu: jesień 2012

Po słabiźnie jaką była płyta na lato, jesienny powiew okazał się być lepszy. Co prawda większość utworów to neoprogowe przynudzanie, ale jednak jest tu parę ciekawszych fragmentów. Nieźle wypada Landmarq z ładną balladą czy szwajcarski RAK, mocno korzystający z dokonań Genesis i The Flower Kings. Interesujący jest też fusionowy utwór Chada Wackermana czy propozycja Echolyn. Reszta to już takie dolne rejony progrocka - tylko dla zagorzałych fanów.

Ocena muzyki: 3/5


czwartek, 23 stycznia 2014

Prince - Prince (1979)

Data zakupu: 1 października 2012 roku

Ten album, jako jedyny Prince'a, poznałem dopiero w XXI wieku. A wiąże się z tym zabawna historia. Otóż w 1991 roku zaopatrzyłem się w słynną Rock Encyklopedię Wiesława Weissa, dzięki czemu poznałem dokładnie dyskografię Księcia. Płyta bez tytuły ukazała się jako druga z kolei (po For You), a ponieważ właśnie nie posiadała tytułu, nie było jej w żadnej wypożyczalni płyt kompaktowych w Krakowie. Co ciekawe, w jednej z nich mojemu ojcu (ja byłem za młody, aby móc wypożyczać płyty) powiedziano, że taki album nie istnieje, a gówniarz się wymądrza. Akurat historia do Piekielnych. W każdym razie nie dane mi było poznać tego albumu, dopiero dzięki Internetowi, w obecnym wieku mogłem cieszyć uszy tą płytą.

A jest czym, gdyż jest to dojrzalsze dzieło niż debiut, choć nadal głęboko osadzone w soulu, funku i disco. Zwłaszcza pierwsza strona oryginalnego winyla bardzo mi się podoba (czyli pierwsze 4. utwory). I Wanna Be Your Lover, pierwszy przebój Prince'a w drugiej części utworu przekształca się w znakomite granie instrumentalne, pełne solówek klawiszowych. Why You Wanna Tread Me So Bad? to fajny riff gitarowy i takaż solówka. Sexy Dancer to zapowiedź minimalizmu aranżacyjnego Prince'a - niby nic w nim się nie dzieje, mamy tylko funkowy rytm i minimum tekstu, a buja, że hej. Natomiast ballada When We're Dancing Close and Slow jest jedną z najlepszych "pościelówek" artysty - świetny, jakby łamiący się rytm i delikatny wokal tworzą niepowtarzalny klimat. Reszta utworów jest już słabsza - 3 ballady, w tym tylko jedna udana (It's Gonna Be Lonely), jeden rockowy numer (Bambi) z fatalnym refrenem i utwór z którego jest bardziej znana Chaka Khan niż Prince (I Feel for You) - najfajniejszy z całej strony B. W sumie niezły, choć nierówny album.

Okładka płyty regularnie pojawia się na wszelkich listach na najbrzydsze okładki płytowe wszech czasów i w sumie się nie dziwię, Prince wygląda na niej okropnie. I to zdjęcie z pegazem z drugiej strony. No dobra, wszystkie zdjęcia na tej płycie są okropne.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Omar Rodríguez-López - Se Dice Bisonte, No Bufalo (2007)

Data zakupu: 11 września 2012 roku

To trzeci solowo wydany album Omara. Podobny do poprzednich - pełno solówek gitarowych, większość utworów jest instrumentalna, zdarzają się długie jamowe kawałki (Please Heat This Eventually), fajne melodie (Rapid Fire Tollbooth), świetne motywy, głównie basowe (Boiling Death Request a Body to Rest Its Head On) czy eksperymenty dźwiękowe (The Lukawarm). Jest bardzo zróżnicowanie i momentami ciekawie, choć nie brakuje też dłużyzn (utwór tytułowy). Niezła płyta, choć zbyt chaotyczna, żeby być doskonałą.

Wydanie w zwykłym pudełku, co ciekawe, zawiera w sobie reklamówkę Gold Standard Laboratories - wytwórni, która już nie istnieje, a wydawała pierwsze albumy The Mars Volta na winylu. Design taki sobie.

Ocena muzyki: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

Wspomniana reklamówka...

...i jej druga strona

piątek, 17 stycznia 2014

Pink Floyd - A Momentary Lapse of Reason (1987)

Data zakupu: 4 września 2012 roku

To trzecia, po Ciemnej Stronie Księżyca i Wish You Were Here moja ulubiona płyta Pink Floyd. Co prawda, nie powinna ona być sygnowana nazwą zespołu, bo to właściwie solowe dzieło Davida Gilmoura, ale wiemy jak było - spory prawników, chęć dokopania Watersowi... W każdym razie album się ukazał, sprzedał się świetnie, pełen sukces i kupa kasy. Na szczęście artystycznie też się udało. Od początku słychać, że to dzieło z lat 80-tych ubiegłego wieku, pełne syntezatorów, miękkiego brzmienia i przebojowych melodii. Ale w niczym to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, bardzo podoba mi się łączenie przebojowości z ambitniejszymi próbami. Zaczyna się od pięknego, instrumentalnego wprowadzenia z łagodną solówką gitarową Gilmoura, potem mamy 4 przeboje z fajnym Learning to Fly, mrocznym The Dogs of War, bardzo dobrym One Slip i zdecydowanie najsłabszym kawałkiem na całej płycie, ckliwą balladą On the Turning Away. Na szczęście ten ostatni kawałek ratuje, jak zwykle, świetna solówka gitarowa. Natomiast druga strona winyla to już same doskonałości: Yet Another Movie, mroczny i depresyjny, instrumentalny Terminal Frost, z doskonałymi partiami saksofonu oraz kończący album Sorrow, z doskonałą gitarą. Bardzo dobry album.

Co do wydania - połakomiłem się na cenę. Była dość tania, chyba 25 zł, ale za to wydana jako japońska "mini vinyl replica" - w kartoniku. Obecnie wydaje mi się, że jest to chińska podróba - nawet nie wiem, czy napisy na OBI stripie i w środku są japońskie, czy chińskie. Trudno - wpadłem. Nie miałem wcześniej w ręku wydań tego typu, więc byłem ciekaw, jak to wygląda i muszę przyznać, że... okropnie. Kartonik jest sporo wyższy od pudełek, więc na półce wystaje dobry centymetr, płytę źle się wyciąga, w środku są luźne kartki... Okropność. Cóż, kiedyś trzeba będzie wymienić to na coś normalnego.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Rozłożony kartonik

Wnętrze kartonika

OBI strip

Płyta CD wraz z kopertą w której jest schowana

Druga strona w/w koperty na CD

Karteczka z tekstami

Druga strona tej karteczki

Plakat

Karteczka z opisami i tłumaczeniami tekstów na japoński (albo chiński)

Druga strony w/w karteczki