czwartek, 6 lipca 2017

Living Colour - Stain (1993)

Data pierwszego zakupu: 12 sierpnia 1999 roku
Data ponownego zakupu: 19 czerwca 2017 roku

Pierwszy raz z Living Colour zetknąłem się dzięki teledyskowi do utwory Type. Zaintrygowała mnie ta piosenka i po paru latach udało mi się dorwać album Time's Up, zawierający Type, a później także słynny debiut, Vivid. Oba albumy podeszły mi dość połowicznie - było tam sporo fajnych kawałków, ale też dużo mało ciekawych wypełniaczy. Jednakże grali nieźle, będąc jedną z pierwszych grup czarnoskórych muzyków potrafiących grać mocniejszą odmianę rocka, nie mieszając w to soulu, za to dorzucając trochę funku.

Album Stain to już inna bajka. Czasy się zmieniły, zmienił się też basista w zespole, zaczęli grać ciężej i mocniej, prawie metalowo. Riffy są mocarne (Go Away), pojawia się też odrobinę elektroniki (Bi, Wall), punku (This Little Pig), a nawet hip hopu (WTFF). Wyszło im to świetnie. Płyta jest mocna, dobrze wyprodukowana, pełna krótkich, ale urozmaiconych kawałków. W dodatku wydanie europejskie ma dwa dodatkowe utwory, przy czym nie wyobrażam sobie kompletnie albumu z innym zakończeniem niż TV News - wywalenie tego kawałka z podstawowego programu płyty uważam za idiotyzm. W każdym razie w moim wydaniu ten utwór jest.

Płyta wydana tak sobie. Czerwone pudełko jest celowe - tak było w większości wydań. W środku mało interesujących rzeczy, zdjęcie zespołu, okładkowej modelki, teksty, informacje. 

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

poniedziałek, 3 lipca 2017

Lizard - Single Omen (Lizard 25)

Data zakupu: 1 lipca 2017 roku

Najnowsza płyta dodana do pisma Lizard to singiel zespołu Lizard, zapowiadający album Half-Live, mający ukazać się na jesieni. Oprócz całkiem niezłego, mrocznego utworu tytułowego (w wersji skróconej) brzmiącego niczym połączenie trip-hopu z prog-rockiem, mamy też ponad 16 minutową suitę Malezyjska Kura, zagraną na koncercie 2 lata temu. Bardzo fajne, mocno King Crimsonowe granie - te charakterystyczne riffy na początku przywodzą na myśl utwory typu Level Five czy VROOOM. W środku czaruje nas gościnnie skrzypek grający niezłą solówkę. W sumie więcej tu karmazynu niż innych odmian prog-rocka. Co za tym idzie - całkiem udane nagranie.

Wydanie jest za to przepiękne - okładka stylizowana trochę na Roger Deana, świetna kolorystyka, design i wydruk. Bardzo ładna.

Ocena: 3/5

Singiel jeszcze w folii

Tył zafoliowany

Rozłożony kartonik

Wnętrze kartonika

Płyta CD

W kartoniku bonus - ulotka reklamowa

I druga strona ulotki

czwartek, 11 maja 2017

Fishbone - Give a Monkey a Brain and He'll Swear He's the Center of the Universe (1993)

Data zakupu: 8 maja 2017 roku

Trochę dziwna sprawa z tą płytą. Słuchałem jej namiętnie ponad 20 lat temu, a kompletnie nie mogę sobie przypomnieć okoliczności jej poznania. Nie wiem, skąd wziąłem te nagrania, ani dlaczego w ogóle po nią sięgnąłem. Co do tego drugiego, to podejrzewam recenzję w Tylko Rocku, natomiast to pierwsze, to najbardziej prawdopodobne wydaje się, że pożyczyłem ją w wypożyczalni płyt CD, chociaż kompletnie nie przypominam sobie, abym miał płytę kompaktową w ręku. Cóż, starość nie radość, pamięć szwankuje.

W każdym razie poznałem wtedy świetny album, niesamowicie eklektyczny, energetyczny i po prostu ciekawy. Zespół Fishbone powstał w latach 80-tych, składał się wyłącznie z czarnych muzyków i razem z Living Colour i Bad Brains tworzył skuteczny front czarnoskórych grających rocka. Co prawda Fishbone zaczynał trochę z dala od rocka - grali głównie soul, funk i ska, ale już w 1991 roku płytą The Reality of My Surroundings pokazali pazura, dorzucając do swoich ulubionych gatunków także ostrzejsze granie. Na Give a Monkey... to już kompletnie dorzucili do pieca, zarazem wpisując się w obowiązujące mody. Początek to niesamowicie ciężki i wolny metal - Swim nakręca atmosferę niesamowicie. W dodatku okraszone jest to wielogłosowym śpiewanio-rapowaniem, co daje doskonały efekt. Zaraz potem przyspieszają tempa, nie zmniejszając ciężaru - Servitude poraża świetnymi gitarami i pędzącymi bębnami. Po niezłej, rockowej balladzie Black Flowers mamy pierwszą woltę - Unyielding Conditioning to rasowe ska ze świetnymi dęciakami i genialną solówką saksofonową pod koniec. Potem mamy funk (Properties of Propaganda), metal-punk (The Warmth of Your Breath), soul (Lemon Meringue), regałową balladę (They All Have Abanonded Their Hopes), jeszcze jeden metalowy kawałek (End the Reign) i kompletne awangardowe szaleństwo (Drunk Skitzo). Płytę wieńczy wspaniały popowo-soulowy kawałek No Fear. A na samym końcu mamy funkowy Nutt Megalomaniac - jedyny utwór, który średnio mi wchodzi, w dodatku nie pasuje mi kompletnie do całości. Ale na szczęście jest na końcu.

Fajna płyta, szkoda tylko, że później porzucili metal - pewnie dlatego, że zespół porzucił też jeden z gitarzystów, główny twórca metalowych riffów. Dobrze, że zostawili po sobie chociaż takie fajne coś.

Okładka taka sobie, choć dobrze korespondująca z tytułem. W środku nic ciekawego, ot, teksty utworów, trochę rysunków i zdjęć. 

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Various - Audio Cave (Lizard 24)

Data zakupu: 22 marca 2017 roku

Płyta dodana do wiosennego Lizarda to tym razem przegląd nagrań ich własnego wydawcy. I bardzo dobrze, znudziły mnie już słabe płyty pojedynczy wykonawców, w czasopiśmie zdecydowanie wolę składanki. Mamy więc sporo jazzu, odrobinę elektroniki i trochę rocka pod koniec płyty. Momentami jest to całkiem dobre granie (Silberman and Three of a Perfect Pair, Niechęć, Tadeusz Sudnik i Adam Pierończyk), czasem gorsze (Beneficjenci Splendoru), ale w każdym razie interesujące. Oczywiście jazz to nadal nie moja domena, więc ciężko mi to oceniać, bo się na tym kompletnie nie znam. Inne kawałki, te z "moich" gatunków, już znałem wcześniej (Lizard), albo wypadają tak sobie (Drogi). W sumie nie wypada źle ta składanka.

Wydanie ascetyczne, zawiera wszystko to co trzeba.

Ocena: 2/5 (część nie-jazzowa)/brak oceny (część jazzowa)

Przód

Tył

Płyta CD

sobota, 25 marca 2017

Various - Textures (1996)

Data zakupu: 9 marca 2017 roku

Składak Textures to niejako podsumowanie bardzo nowatorskiej i ciekawej serii pod nazwą Trance Europe Express. Były to składanki zawierające wyłącznie unikatowe i najczęściej nagrane specjalnie na tą okazję utwory różnych wykonawców z kręgu muzyki elektronicznej. Zgodnie z nazwą - wyłącznie z Europy (później powstały też składaki zawierające twórców amerykańskich i australijskich). Pojawili się tam prawie wszyscy znaczący artyści, jak i wielu mniej znanych, choć czasem równie ciekawych.

Po trzech latach od publikacji pierwszej składanki poproszono dwóch znanych i popularnych DJ-ów aby zmiksowali najciekawsze ich zdaniem nagrania. Pierwszy dysk należy do Darrena Emersona (wtedy muzyk zespołu Underworld), a drugi do Aleksa Patersona (czyli szefa The Orb). Jako, że oba zespołu należą do moich ulubionych, nie mogłem w żaden sposób pominąć tych miksów. 

Emerson, zgodnie z filozofią macierzystego zespołu, postawił na transowość, taneczność i mocniejsze uderzenie. Co prawda zaczyna się dość łagodnie, ale dość szybko wchodzi mocny beat i kawałki mieszają się jeden z drugim niczym na jakimś techno party. Niestety, całość mocno zalatuje nudą - przede wszystkim dobór kawałków jest słaby - dominuje zwykłe techno, trance i hard house - rzecz na dłuższą metę nudna.

Co innego Paterson - to głównie dla tego dysku kupiłem ten składak. Aleks miksuje kawałki w inny sposób - nie stawia na rytm, lecz na klimat. Dzięki temu pomieszanie nagrań Aphex Twina i Biosphere tworzy niesamowitą mieszankę, która klimatycznością powala na kolana. Dalej jest tylko lepiej - utwory przechodzą jeden w drugi, częstokroć nie da się nawet powiedzieć czy już jeden z nich się skończył, czy zaczął już kolejny. Na tym dysku dominuje ambient, ale nie brak też bardziej tradycyjnej elektroniki, techno a nawet drum'n'bassu. Całość jest znakomita i tylko jeden szkopuł lekko psuje odbiór. Otóż cały miks został nagrany w... mono. Tak, dźwięku stereo tu nie uświadczymy, co odbija się na jakości całego zestawu. Jednak i tak uwielbiam ten miks.

Wydanie dość ciekawe - podwójny digipak spakowany w tekturowe pudełko. W środku książeczka ze zdjęciami muzyków pojawiających się na płycie i paroma słowami podsumowującymi cztery pierwsze płyty z serii Trance Europe Express. Kolorystyka dość słaba, zdjęcia jeszcze słabsze... Ale i tak fajnie to wygląda.

Ocena płyty nr 1: 2/5
Ocena płyty nr 2: 5/5

Przód

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

piątek, 27 stycznia 2017

Rush - Grace Under Pressure (1984)

Data zakupu: 27 stycznia 2017 roku

Kiedyś nie lubiłem tego albumu. Nie było nawet specjalnego powodu, ale jakoś mnie irytował - a to klawisze nie takie jak trzeba, a to melodie nieciekawe, a to produkcja sterylna... Ale w końcu mi przeszło i obecnie lubię ten album, choć nadal nie należy do tych, po które sięgam najczęściej. Ot, dobry, poprawny album Rush. Ma momenty (szczególnie The Body Electric, Between the Wheels czy Distant Early Warning), ogólne brzmienie nie jest złe (choć już mocno zakorzenione w latach 80-tych), muzycy mają koszmarne fryzury... Fajna płyta, choć przeciętna.

Okładka nie przypadła mi do gustu - takie nie wiadomo co. W środku teksty, opis, dwa zdjęcia... Nic ciekawego.

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

piątek, 13 stycznia 2017

The BWPP - Live At Klub Proxima, 23.04.16, Varsovia (Lizard 23)

Data zakupu: 19 grudnia 2016 roku

Album dorzucony do zimowej edycji Lizarda to koncert polskiego zespołu znanego jako The Black Water Panic Project. Podobno grają rock industrialny. Podobno, bo ja tego nie słyszę - słyszę tu tylko słabą odmianę alternatywnego rocka, zawierającego momentami elementy metalu i elektroniki, z bardzo słabym wokalistą i bardzo słabymi kompozycjami. Nudy niesamowite. Zresztą koncert można obejrzeć też na YouTube - każdy może ocenić.

Ocena: 1/5

Rozłożony kartonik

i środek kartonika

środa, 11 stycznia 2017

Jean-Michel Jarre - Oxygene (1976)

Data zakupu: 4 stycznia 2017 roku

Ciekawa sprawa z tym albumem: nigdy nie przepadałem za Jarre'm, jako dzieciak nawet nim gardziłem, uważając, że to co gra to najgorsza odmiana elektroniki zaraz po disco polo. Nie znałem prawie w ogóle jego płyt, parę utworów kojarzyłem i często nienawidziłem (Souvenir en China). Aczkolwiek kiedy puszczali te jego gigantyczne koncerty w TV, to lubiłem oglądać (choć muzyka nadal nie bardzo mi podchodziła). Dlatego też album Oxygene, ten najsłynniejszy, poznałem dopiero parę lat temu. Sięgnąłem po niego raczej z ciekawości, czym to się ludzie zachwycają. No i okazało się, że znam prawie wszystkie nagrania pochodzące z tej płyty. Otóż płyta ta była tak popularna, że w czasach PRL-u bardzo często wykorzystywano jej fragmenty jako tło w jakichś programach popularnonaukowych czy innych tego typu periodykach, zarówno w radio jak i TV. Szczególnie Oxygene 1 zapadł mi w pamięć. 

Po przesłuchaniu albumu stwierdziłem poza tym, że to kawał świetnej muzyki, rzeczywiście godny wszelkich entuzjastycznych ocen, album przełomowy, inspirujący i przemyślany. Jarre bardzo umiejętnie potrafił stworzyć fajne melodie, opierając się jedynie na syntezatorach (w przeciwieństwie do Tangerine Dream, którym melodie nie bardzo wychodziły). Wprowadził elektronikę na salony. Te wszystkie dźwięki, tak oryginalne i fascynujące zostają na zawsze w głowie i stąd jako dzieciak nasłuchawszy się ich wiele razy, od razu rozpoznawałem poszczególne fragmenty. Bardzo fajna płyta. A zwłaszcza Oxygene 1 (kosmiczne granie), Oxygene 2, Oxygene 4 (singlowy przebój) i Oxygene 6 (wspaniała rumba). Reszta też jest niezła, ale nie aż tak.

Wydanie mam bardzo zacne - reedycja z 2014 roku - z ładnym nadrukiem na CD, esejem w środku i fajnymi zdjęciami Jarre'a. 

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3