czwartek, 26 lutego 2015

Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath (1973)

Data zakupu: 25 lutego 2015 roku

Całkiem nieoczekiwanie wczoraj dostałem jeszcze jedną płytę. Album Sabbath Bloody Sabbath, uznawany za jeden z najlepszych wśród dokonań zespołu jest dla mnie logiczną kontynuacją poprzednika, Vol.4. Utwory stały się ciekawsze, bardziej rozbudowane i skomplikowane. Nie brakuje w nich partii dodatkowych instrumentów jak syntezatory (przede wszystkim Who Are You? i gościnny udział Ricka Wakemana w Sabbra Cadabra) czy smyczki (Spiral Architect). Riffy są nośne (tytułowy, Killing Yourself to Live), melodie fajne, aranżacje ciekawe... Słowem - bardzo udany album. Jeden z moich ulubionych z repertuaru Black Sabbath.

Wydanie chciałem mieć koniecznie w wersji z 2004 roku, tak, aby pasowało do pozostałych płyt BS, które posiadam. Udało się, mam więc książeczkę z ciekawym esejem, teksty utworów i trochę zdjęć. Co prawda remaster w digipaku ma inną książeczkę, jeszcze bogatszą, ale to akurat nie jest dla mnie takie istotne. Okładki nigdy nie lubiłem, denerwuje mnie ten minimalizm kolorystyczny. Mogli dać coś więcej niż kolor pomarańczowy...

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify


Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

środa, 25 lutego 2015

The Young Gods - Live Sky Tour (1993)

Data pierwszego zakupu: 10 listopada 1997 roku
Data ponownego zakupu: 25 lutego 2015 roku

Ta koncertówka to przykład albumu, który jest z założenia mało interesujący - nagrania niewiele różnią się od wersji studyjnych, brak większych urozmaiceń, w sumie nuda i powtarzalność. Takich albumów znam sporo np. EleKtrik King Crimson, Live at Glastonbury Banco de Gaia czy Everything Everything Underworld. Ale tak naprawdę taki koncert ma sporo uroku - dostajemy to co znamy i lubimy, czuć na nim atmosferę nagrania na żywo... Dlatego właśnie zakupiłem ten album (choć za pierwszym razem było to moje pierwsze spotkanie z TYG na żywo). Jest parę smaczków - ciekawe Intro, rozbudowane Envoye, tylko druga część Summer Eyes... 

Wydanie dość minimalistyczne, ale wystarczające. Ciekawie pokazano budynek w którym nagrano koncert - część konturu jest na płycie CD, część nadrukowana na digipaku. W dodatku kupiłem płytkę za jedyne 13 zł! Z darmową wysyłką! Prawdziwa okazja.

Pośrodku informacji o nagraniu, podziękowaniach itp. znajduje się za to coś, co szalenie mi się podoba i wielka szkoda, że inne zespoły tego nie stosują. Otóż jest to lista wykonawców, z którymi TYG dzielili scenę. Oprócz zespołów kompletnie mi nie znanych i zapewne w większości już nie istniejących (jak Jellyfish Kiss, Skrew, Dirty Hands czy Massapeal) znajdują się też te bardziej znane (Meat Beat Manifesto, Cop Shoot Cop, Laurie Anderson czy Sheep on Drugs) jak i bardzo, bardzo znane (Tool). Fajna wyliczanka.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify


Przód - nazwa zespołu jest na naklejce

Tył

Bok

Środek

piątek, 20 lutego 2015

Monster Magnet - Dopes to Infinity (1995)

Data zakupu: 12 lutego 2015 roku

Ten album to moje pierwsze spotkanie ze stoner rockiem. Co prawda nie znałem jeszcze wtedy tego określenia, nie miałem możliwości zapoznania się z twórczością zespołu Kyuss (co nadrobiłem duuuużo później), więc określałem Monster Magnet terminem rock psychodeliczny. W sumie dość adekwatne określenie - psychodelii jest tu sporo, nawiązania do dawnego grania również. Mamy też soczyste riffy, fajne melodie, solówki gitarowe i fajny wokal. Wszystko to tonie w sosie różnych efektów, pogłosów i brzmienia rodem z Black Sabbath czy innych klasyków rocka. Bardzo fajna płyta, na której mam sporo faworytów (tytułowy, Negasonic Teenage Warhead, fenomenalny Ego, The Living Planet, transowy Vertigo czy dynamiczny I Control, I Fly). Riff otwierający album uważam za jeden z najfajniejszych, jakie kiedykolwiek wymyślono. No i te kolory na okładce...

Wydanie niezłe, choć bez rewelacji. Zdjęcia pasują do muzyki, chłopaki też wyglądają tak jak trzeba. Nie ma się co przyczepiać.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

środa, 4 lutego 2015

Dead Can Dance - Dead Can Dance (1984)

Data zakupu: 3 lutego 2015 roku

Ciekawa sprawa z tym debiutem zespołu Dead Can Dance. Po raz pierwszy poznałem go dzięki pirackiej kasecie ponad 20 lat temu. Nie spodobał mi się i, prawdę mówiąc, nie słuchałem go później w ogóle, aż do końca ubiegłego roku! Po ponownym przesłuchu okazało się, że nie tylko kojarzę większość utworów (czyli coś mi zostało w głowie z tamtych lat), ale też jest to naprawdę niezła płyta! Dziwne, że nie doceniłem jej wtedy, choć z drugiej strony, gust mi się trochę jednak zmienił przez te lata...

Debiutancki album DCD to z jednej strony świetne new wave'owe, rockowe granie (The Trial, Fortune, East of Eden, A Passage in Time), gdzie Brendan okazuje się być nie najgorszym gitarzystą (niezłe pasaże w The Trial), świetnym wokalistą no i równie zgrabnym kompozytorem. Bardzo fajnie wkomponowuje się w to wszystko Lisa, czarując głosem m.in. w Frontier, Ocean i Musica Eternal, ale także dorzucając swoje granie na japońskiej odmianie cytry, co dodaje nagraniom uroku i zapowiada późniejsze poszukiwania. Dobrze, że do właściwego albumu dorzucono także EPkę Garden of the Arcane Delights - jest zarazem podobna, jak i odmienna od właściwej płyty. Bardzo polubiłem ten album.

Okładka znakomita, zawsze mi się podobała. Szkoda, że reszta taka minimalistyczna - wkładki brak, jest tylko kawałek karteczki z okładką i jednym zdaniem z drugiej strony. Ciekawy jest tray pudełka - całkowicie gładki i lśniący.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Zafoliowana okładka

Zafoliowany tył - fajnie, że naklejki znalazły się na folii, nie szpecą pudełka

Okładka

Tył

Bok

Środek