niedziela, 30 czerwca 2013

Primal Scream - Vanishing Point (1997)

Data zakupu: 11 lipca 2005 roku

Z tym albumem miałem pewne przygody. Kupiłem ją w oryginale po zachwycie nad singlem Kowalski, do którego teledysk widziałem nie raz na słynnym, niemieckim kanale telewizyjnym Viva 2. Jakby ktoś nie wiedział - kiedyś były dwie Vivy - pierwsza, która grała muzykę komercyjną i Viva 2 (potem Viva Zwei i Viva+), która stawiała na bardziej ambitne rzeczy. To tam można było zobaczyć klipy Aphex Twina, Autechre, Biohazard, Rollins Band itp. W każdym razie, niedługo po zakupie kasety, mój kumpel pożyczył ją ode mnie i miał... lekki wypadek. Słuchał jej na jakimś walkmanie i przy wysiadaniu z autobusu jakoś niefortunnie się zdarzyło, że kaseta mu wypadła prosto pod koła autobusu, który zaraz po tym ruszył z przystanku... Oczywiście kasetę szlag trafił... I tyle było ze słuchania...

Parę lat później miałem już ten album w wersji cyfrowej i słuchałem go dość namiętnie, zachwycając się fajną, psychodeliczną atmosferą ich nagrań (Burning Wheel, Out of the Void, Get Duffy, Long Life), zżymając się nad kawałkiem stricte nawiązującym do piosenek The Rolling Stones (Medication) czy coverem zespołu Motorhead (Motorhead), a zarazem odpływając razem z genialnym Trainspotting - kolejnym nawiązaniem do filmu (promujący album Kowalski opowiada o bohaterze filmu Znikający Punkt - stąd tytuł albumu). Ogólnie rzecz biorąc niezły album, choć trzy kawałki są do absolutnego wyrzucenia - wspomniane już Medication i Motorhead oraz zaskakująco fatalny dub Stuka. Ale tak poza tym to niezły album.

Projekt i zdjęcia nie podobają mi się. Nie lubię takiego patchworku, takich bezsensownych zbliżeń mało ciekawych przedmiotów. I jeszcze te wszystkie napisy, które momentami się robią mało czytelne. 

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

sobota, 29 czerwca 2013

Underworld - A Hundred Days Off (2002)

Data zakupu: 27 czerwca 2005 roku

Po singlach promujących przyszedł czas na samą płytę. Należę do mniejszości fanów zespołu Underworld, którzy uważają, że A Hundred Days Off to świetny album. Większość go nie lubi. Ale za to preferują okropnie klubowy Barking z 2010 roku, którego ja nie trawię... Czyli remis.

Cały album spowity jest specyficzną atmosferą, której nie było na poprzednich płytach. Jest zarazem mroczny, jak i "lekki". Bardziej przygnębiające dźwięki sąsiadują z tymi radosnymi. To pierwsze dokonanie stworzone już tylko w duecie Hyde i Smith - bez Emersona, który pchnął ich na właściwe ścieżki muzyki elektronicznej. Jednakże jego nieobecności nie słychać. Choć może trochę - muzyka stała się bardziej przestrzenna, momentami zadumana, bardziej nastawiona na klimat, niż na klubową młóckę, obecną na Beaucoup Fish. Kiedy słucham takich kawałków jak Mo Move, Twist, Little Speaker, Sola Sistim czy Ballet Lane, czuję, że słucham muzyki dojrzałej i przemyślanej. Piękny album.

Wydanie równie ładne, jak single Two Months Off i Dinosaur Adventure 3D. Szkoda może tylko, że jest tak mało zdjęć i właściwie mało treści. Ale i tak mi się podoba.

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

piątek, 28 czerwca 2013

Underworld - Dinosaur Adventure 3D (2003)

Data zakupu: 20 czerwca 2005 roku

Dzięki dostępowi do Internetu kupowanie singli przestało być opłacalne. Dlatego też od 2005 roku kupiłem ich zaledwie 10 - i to tylko moich ulubionych wykonawców - i tylko te single, które naprawdę uważałem, że warto mieć. Ten singielek Underworldu jest bardzo fajny. To niemieckie wydanie, grupujące na jednej płytce CD prawie całą zawartość dwóch regularnych singli angielskich. Jest wersja radiowa, jeden miks autorstwa samego zespołu (hell yeah!), jeden Funk D'Void (całkiem fajny) i przede wszystkim 16-minutowy, ambientowy, nowy utwór Underworld o tytule Ansum (pierwotnie album A Hundred Days Off miał nosić taką tytuł). Przepiękny kawałek, powodujący, że czuję się, jakbym pływał i latał zarazem... Cudo.

Wydanie równie ładne co Two Months Off. Podoba mi się ten pewien ascetyzm w designie. Co prawda grafikom brak konsekwencji - Dinosaur Adventure 3D posiada podane czasy utworów, a Two Months Off już nie - choć layout bardzo podobny. 

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Środek

czwartek, 27 czerwca 2013

The Orb - Bicycles & Tricycles (2004)

Data zakupu: 6 czerwca 2005 roku

Ten album otwiera moją prywatną kategorię płyt kiepskich, które bardzo lubię. Poważnie, uważam, że płyta Bicycles & Tricycles, wydana po 3 latach przerwy od poprzedniego krążka, Cydonii, jest słaba - utwory są w bardzo różnym stylu, co zostało osiągnięte dzięki obecności wielu różnych gości (Witchman, Thomas Fehlmann, Simon Phillips, Fil le Gonidec, Jimi Cauty). Album jest mocno nierówny - obok utworów dobrych (The Land of Green Ginger, Tower Twenty Three, Dilmun) są kawałki słabe (Kompania, Hell's Kitchen) i bardzo kiepskie (L.U.C.A., Prime Evil). W dodatku jeden kawałek jest hip-hopowy (Aftermath) - coś kompletnie nowego dla Orba. I pomimo tego była to jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt w 2004 roku. Bardzo ją lubię, choć nie potrafię powiedzieć dlaczego, skoro jest taka zła...

Ale jest też zdecydowanie pozytywny aspekt Bicycles & Tricycles. Jest bardzo ładnie wydana. Szalenie podoba mi się projekt, wykonanie, kolory... W dodatku zwykłe pudełko zostało opakowane w tekturkę - fajny pomysł. Jedyna rzecz do której mogę się przyczepić to mało czytelna czcionka - ale pasuje ona idealnie do konceptu całości.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka - w tekturce

Tył - także w tekturce

Wyjęte pudełko

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

środa, 26 czerwca 2013

Underworld - Two Months Off (2002)

Data zakupu: 21 maja 2005 roku

To chyba najmniej ciekawy singiel Underworld jaki posiadam. Zawiera jedynie dwa remiksy, z czego podoba mi się tak naprawdę tylko ten King Unique. Ale za to jaki ładny jest design tej płytki! Bardzo mi się podoba, no i idealnie pasuje do pozostałych płytek z tego samego okresu (płyty A Hundred Days Off i singla Dinosaur Adventure 3D). Tylko dlatego go trzymam.

Ocena muzyki: 2/5

 Okładka

Środek

wtorek, 25 czerwca 2013

Porcupine Tree - Coma Divine. Recorded Live in Rome (1997)

Data otrzymania: 9 maja 2005 roku

Tę płytę dostałem w prezencie od znajomego. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że dzięki Porcupine Tree powróciłem do słuchania rocka - i tak mi zostało do dziś - elektronika poszła trochę w odstawkę. Co prawda zespół poznałem już w okolicach 1994 roku, kiedy to Piotr Kosiński w swoich audycjach radiowych mocno promował ten zespół i ich album Up the Downstair, lecz tak naprawdę zacząłem się nimi interesować dopiero właśnie koło 2005 roku. Dzięki Internetowi i nieocenionej pomocy wspominanego już fana Gongu poznałem wszystkie wydane do tej pory albumy PT. Przyznaję, że najbardziej do gustu przypadł mi okres progresywny - czyli od debiutu (którego akurat nie lubię) do właśnie Coma Divine.

Płyta koncertowa podsumowująca pierwszy okres działalności zespołu. Zawiera genialne wersje znanych już utworów i wyjątkową magię, która ujawnia się podczas koncertów. Uwielbiam tą płytę - szczególnie za świetne wykonanie Dislocated Day, The Sky Moves Sideways czy Radioactive Toy. W dodatku całość pięknie brzmi, dobór utworów jest niezły, no i jest to wydanie na którym znajduje się cały koncert. Cudowny album.

Reedycji płyt Porcupine Tree jest całe mnóstwo, i, co ciekawe, każde jest w innym opakowaniu. Delerium (czyli to, co posiadam) wydawało płyty w zwykłym pudełku, Snapper w digipaku, natomiast reedycje Kscope są w digibookach. Można się pogubić. Na szczęście muzyka jest w każdym przypadku taka sama. Do designu jeszcze nie dorwał się Lasse Hoile. I dobrze - bo, prawdę mówiąc, nie podobają mi się okładki późniejszych albumów Porcupine Tree.

Ocena muzyki: 5/5

Okładka

Tył

Bok

Dysk nr 1

Dysk nr 2

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Photek - The Hidden Camera (1996)

Data zakupu: 30 marca 2005 roku

Po odzyskaniu płynności finansowej, zacząłem oczywiście od uzupełniania braków - i właściwie zostało mi tak do dzisiaj. Rzadko kupuję nowości i płyty wydane w XXI wieku - większość moich zakupów to płyty stare, starsze i najstarsze, a także reedycje w nowych opakowaniach. Ale zacząłem od tego co chciałem mieć, a do tej pory mi brakowało w kolekcji...

Ten mini-album (albo EPka, w zależności od punktu widzenia) to tylko 4 utwory, 26 minut. Za to wydany jak zwykła, pełna płyta. Bardzo ją lubię i tylko denerwuje mnie fakt, że dwa pierwsze kawałki znalazły się na płycie Modus Operandi z 1997 roku - szkoda, że ta płytka nie zawiera wyłącznie niepublikowanych gdzie indziej kawałków... To drum'n'bass najwyższej jakości, z tym jakże charakterystycznym brzmieniem. Momentami jest lekko jazzowo (KJZ), a na pewno mrocznie (The Hidden Camera). Pozostałe dwa kawałki niewiele wnoszą do obrazu Photka - są ok.

Wydanie jest co najmniej dziwaczne. To regularna płyta wyprodukowana w Wielkiej Brytanii, z doklejoną na tylnej okładce ordynarną naklejką Astralwerks - wydawcy amerykańskiego. Naklejka jest okropna, w dodatku nie sposób ją oderwać bez uszkodzenia okładki. Szkoda, psuje to całkiem ładny design całości.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył z okropną naklejką

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

Krótkie podsumowanie lat 2001-2004

Jak napisałem w poprzednim poście, rok 2003 zastał mnie bezrobotnego, a potem wcale nie było finansowo lepiej. Ale też rok 2003 zmienił jedną rzecz w moim życiu - po raz pierwszy miałem dostęp do stałego łącza internetowego (wcześniej bazowałem jedynie na modemie). I od razu wpadłem w pułapkę dostępu do darmowej muzyki - dzięki różnym programom typu Napster czy Audiogalaxy... Dlatego też mogłem w końcu zapoznać się z każdą interesującą mnie pozycją zanim wydałem na CD moje ciężko zarobione pieniądze. Uniknąłem dzięki temu wielu zbędnych zakupów. Co prawda dostępność do wielu pozycji była mniejsza, niż obecnie, ale jednak w 90% udawało mi się dotrzeć do tego co chciałem. Dzięki temu moje zakupy w latach późniejszych stały się bardziej przemyślane i już jedynie sporadycznie pozbywałem się zakupionych wcześniej płyt CD...

I jeszcze jedno - moim głównym źródłem zakupu płyt od 2005 roku stał się Internet - niestety, komisy poumierały, sklepy z płytami również (albo przerzuciły się na sprzedaż online), sporadycznie kupowałem płyty w sklepach "dla idiotów", Saturnach czy Music Cornerze (stacjonarnym, jeszcze istnieje). Takie czasy nadeszły...

Są dwie pozycje, które zakupiłem w tamtym okresie, a które niepotrzebnie sprzedałem:

Voo Voo - Muzyka do filmu 'Seszele' (1990)
Całkiem niezły soundtrack do filmu Bogusława Lindy - mroczny i momentami ciężki w odbiorze, ale też mocno nawiązujący do Passion Peter Gabriela oraz do wcześniejszych albumów Voo Voo (Niewidzialny cz.II)

Freestylers - Pressure Point (2001)
Przyjemny breakbeat, który zakupiłem za 5 zł. Jest tu parę utworów, które bardzo lubię do dziś (Now is the Time, Blowin' Ya Brainz, Broadcast Channels).


sobota, 22 czerwca 2013

Air - Everybody Hertz (2002)

Data zakupu: sierpień 2002 roku

Ta płyta ma znaczenie z kilku powodów. Po pierwsze - to ostatni album, jaki w życiu kupiłem, nie znając wcześniej jego zawartości (czyli kupno w ciemno). Po drugie - płyta CD była jedynie dodatkiem do tego, co naprawdę mnie zainteresowało - czyli płyty DVD zawierającej teledyski Air. Po trzecie - w listopadzie 2002 roku ponownie zostałem bez pracy. Czyli moje wydatki na płyty CD spadły do zera - aż na 2 lata... Co prawda pod koniec 2003 roku znowu zacząłem pracować, ale zarabiałem zbyt mało, aby pozwolić sobie na takie fanaberie jak płyty kompaktowe. 

Właściwie to zespół Air jest mi mocno obojętny - parę utworów mają niezłych, jedna płyta mi się tak naprawdę podoba (Talkie Walkie z 2004 roku - jeszcze o niej napiszę), ale muzyka jest raczej nudna... Na tak zachwalanym albumie Moon Safari podobają mi się jedynie 2 kawałki... Natomiast spore wrażenie robiły zawsze na mnie ich teledyski. I dlatego skusiłem się na ten zestaw. Nie żałuję - klip to All I Need mógłbym oglądać w kółko. Bo remiksy wypadają słabo - jedynie ciekawa wersja Modjo bardzo mi się podoba. A reszta - to taki standard z tamtych lat - electro, breakbeat, jest nawet hip-hop... Nic zbytnio interesującego.

Wydanie też mocno budżetowe - kiepska wkładka, powtarzanie w kółko tych samych motywów (balonik z tytułem płyty). I jeszcze wszystko na czarnym tle. Opakowanie płyty DVD również skromne. Ciekawostką jest umieszczenie na tej ostatniej dodatkowych dwóch klipów Sebastiana Telliera - bardzo kiepskie i to zarówno muzycznie jak i wizualnie. No i na płycie CD jest jeszcze jeden klip, którego nie ma na DVD. Fajny dodatek.

Ocena muzyki: 2/5 | Link do Spotify
Ocena wideo: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

Okładka DVD

Tył DVD

Bok

Płyta DVD