wtorek, 31 grudnia 2013

The Mars Volta - Noctourniquet (2012)

Data zakupu: 22 maja 2012 roku

Na koniec tego roku coś specjalnego: to zdecydowanie najgorsza płyta TMV. Największe rozczarowanie ubiegłego roku, album, który absolutnie nie powinien był się ukazać pod tym szyldem. W ogóle. Zespół postanowił zacząć małpować Radiohead. Jest tu mnóstwo elektroniki, prawie w ogóle nie słychać gitar (oprócz powstałego podczas sesji Octahedron utworu Molochwalker), melodie są bardzo słabe, perkusista gra od czapy i w ogóle wszystko się kompletnie rozłazi i jest bez sensu. Nie lubię tego albumu i właściwie nie powinienem był go kupować. Uległem tylko niskiej cenie i temu, że kumpel to sprzedawał. Okazałem słabość. 

Za to wydanie nawet ładne. Grafika prosta, ale nawet ujdzie. Za to teksty utworów czyta się mało wygodnie - na szczęście nie robię tego w ogóle. Ciekawy papier - szorstki i matowy.

Ocena muzyki: 1/5

Edytowane 22 stycznia 2016 roku:
Podobno tylko krowa nie zmienia zdania. Po 4. latach od ukazania się tej płyty moja ocena uległa zmianie. Owszem, nadal uważam, że jest to najsłabszy album TMV, aczkolwiek nie jest aż tak zły, jak sądziłem wtedy. Znalazłem na niej parę perełek, przede wszystkim znakomite, rockowe, gitarowe utwory Molochwalker i Zed and Two Noughts oraz piękna, akustyczna ballada Tinkets Pale of Moon. Nie brakuje też niezłych melodii jak w Empty Vessels Make the Loudest Sound, The Malkin Jewel czy Vedamalady. Jest czego posłuchać i nawet czynię to czasami z pewną przyjemnością. Aczkolwiek rzadko.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

poniedziałek, 30 grudnia 2013

SBB - Pamięć (1976)

Data zakupu: 29 kwietnia 2012 roku

Tym albumem SBB jednoznacznie postanowiło skręcić w kierunku progresywnego rocka. Dlatego też pierwsze dwa albumy, bardziej freerockowe, nie bardzo mnie interesują. Dopiero od Pamięci zaczyna się dla mnie dyskografia zespołu. Na płycie znalazły się tylko 3 utwory, zagrane w dość wolnych tempach, podobnie skonstruowane, posiadające poetyckie teksty, wpadające w ucho i świetne solówki. Czyli to, co najlepsze w progresywnym rocku. Znajdziemy tu jeden z najbardziej znanych utworów SBB, Z których krwi krew moja, który pojawia się w ich repertuarze koncertowych do dziś. Płyta jest bardziej przystępna niż dwie pierwsze i podoba mi się w całości. 

Bonusów jest trochę, ale nie robią już takiego dobrego wrażenia jak podstawowy album. Każdy z muzyków zaproponował utwór solowy, ale właściwie żaden nie rzuca na kolana - ot, brzdąkanie na gitarze, 2 minuty walenia w bębny i bębenki oraz solo na fortepianie. Nie robi wrażenia też wspólny utwór Waldie. Ciekawie wypada za to Niedokończona progresja - z tego mrocznego tematu fortepianowego mogło wyjść coś naprawdę interesującego. Na koniec mamy singiel z 1978 roku zawierający dwa krótsze utwory - mocno w stylu Amiga Album czy Jerzyka.

Design niezły, mocno pachnący PRL-em. Zdjęcia zawarte w książeczce często pojawiały się w różnych artykułach o zespole.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka 1

Rozłożona książeczka 2

Rozłożona książeczka 3

Rozłożona książeczka 4

piątek, 27 grudnia 2013

SBB - Welcome (1979)

Data zakupu: 20 kwietnia 2012 roku

Drugi album SBB wydany na Zachodzie (po Follow My Dream). Co ciekawe, jako jedyny z pełnoprawnych albumów SBB z lat 70-tych (nie liczę pobocznych Amiga Album i Jerzyk) zawiera, zamiast dwóch długich suit, lub co najmniej jednej długiej suity, krótsze utwory. Najdłuższy na płycie ma niewiele ponad 9 minut i w dodatku robi wrażenie zbyt długiego. W magazynie Lizard album Welcome został uznany za magnum opus grupy - podobnie, jak w przypadku Memento... się z tym nie zgadzam. Moim zdaniem to dużo słabsza pozycja niż poprzedzające ten album Ze słowem..., Wołanie... czy nawet Memento... 
[Korekta z dnia 12 kwietnia 2016 roku: Zmieniłem zdanie. Obecnie Welcome to jedna z trzech moich ulubionych płyt zespołu (obok Follow My Dream i Wołanie o brzęk szkła). Słucham jej ostatnio najczęściej ze wszystkich płyt SBB.]

Zaczyna się doskonale. Walkin' Around the Stormy Bay, żelazna pozycja koncertowa zespołu, to świetny, dynamiczny kawałek, zawierający wszystkie charakterystyczne cechy muzyki tria. Są fajne melodie, świetne solówki gitar i klawiszy, mocna perkusja. Po tak mocnym wejściu każdy kolejny utwór na płycie robi już dużo mniejsze wrażenie. Ballady Loneliness, Welcome Warm Nights and Days i How I Can Begin są bardzo patetyczne i mocno natchnione, a Skrzek śpiewa w nich mocno żarliwym tonem - nie podchodzi mi to. Lepiej wypada Why No Peace, z lekka beatlesowskim refrenem i ogólnie fajnym klimatem. Rainbow Man to niezły, mocno bluesowaty kawałek, w którym jednak Skrzek śpiewa w sposób mocno wysilony. No i ostatni na płycie Last Man at the Station to już progrock w dobrym wykonaniu, jednakże robiący lepsze wrażenie w wersji skróconej - zamieszczonej jako bonus.

Bonusów jest za to co niemiara i w dodatku niektóre wypadają dużo lepiej niż utwory zamieszczone na płycie. Przede wszystkim doskonałe Tuż nad kanałem Ulgi i Mechaniczna skakanka - oba ze świetnymi partiami syntezatorów. Fajny jest też Deszcz kroplisty, deszcz ulewny, również mocno ogrywany na koncertach. 

Wydanie w zwykłym pudełku, przy czym chyba kiedyś natknąłem się na edycję digipakową. Ale było to raczej w czasach, kiedy dopiero zaczynałem się interesować tym zespołem. Fajna okładka i ogólna kolorystyka, szkoda tylko, że brak jakichkolwiek zdjęć, oprócz tego z tyłu książeczki, w tle.

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

poniedziałek, 23 grudnia 2013

SBB - Memento z banalnym tryptykiem (1981)

Data zakupu: 16 kwietnia 2012 roku

Tak naprawdę to dzięki SBB zacząłem się interesować polskim rockiem. Z zaciekawieniem sięgnąłem po płyty Breakoutu (bo na 70a grał na basie Skrzek), Niemena (bo SBB nagrało z nim parę płyt) i Exodusu (bo to polski rock progresywny, mocno zżynający z Yes). Poza tym fascynacja magazynem Lizard i, co za tym idzie, wytwórnią GAD Records (pierwotny wydawca magazynu), która to mocno promuje polską muzykę, co i rusz wydając ciekawe wydawnictwa z dawnych lat (jak muzyka z Sondy, albumy SBB i Krzysztofa Dudy, a także mnóstwo jazzu) sprawiła, że rodzime dokonania, zwłaszcza te stare, wydają mi się obecnie szalenie ciekawe. Do tej pory lata 70-te w polskim rocku wydawały mi się mocno opuszczone przez kapele rockowe - że oprócz Niemena, SBB i Budki Suflera nikt więcej nie tworzył. A tu jednak było tego trochę więcej...

Wracając jednak do albumu, ostatniego wydanego przez tamto, najlepsze i najsłynniejsze wcielenie SBB. Jest to zarazem jedyny album stworzony w składzie ze znakomitym multiinstrumentalistą Sławomirem Piwowarem, który gra tutaj głównie na gitarze (tworząc niekiedy duet z Apostolisem). Niektórzy uważają, że to najlepsza płyta zespołu - nie zgodzę się z tym. Owszem są tu fragmenty naprawdę doskonałe jak otwierający płytę Moja ziemio wyśniona, będący niejako rozwinięciem pomysłów zawartych w Walkin' Around the Stormy Bay, niektóre momenty w tytułowej suicie (genialna solówka gitarowa pod koniec utworu), czy wreszcie krótki, instrumentalny kawałek Strategia Pulsu - mocno jazz-rockowy. Zawodzi za to kompletnie Trójkąt radości - klawiszowo-gitarowa impresja, nudna i ciągnąca się o kilka minut za długo. Także tytułowa suita robi momentami wrażenie posklejanej z czasami nie przystających fragmentów - jak słynny fragment z klaskaniem. Oczywiście jest to nadal muzyki na bardzo wysokim poziomie, jeden z lepszych albumów SBB - mógłby jednak być po prostu lepszy. Jako bonus mamy tylko jeden utwór, nową wersję słynnego "hitu" SBB, zagraną z Piwowarem. Ciekawa, ale nie wnosząca zbyt wiele do tego, co już znamy.

Album ukazał się tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego, kiedy w kraju brakowało dosłownie wszystkiego. Stąd jego oprawa graficzna jest po prostu fatalna. Bardzo brzydkie, czarno-białe zdjęcie, okropna czcionka, fatalny design. Oczywiście w książeczce mamy, jak zwykle, słowo od Skrzeka i ciekawy tekst o kulisach powstawania płyta autorstwa szefa GAD Records, Michała Wilczyńskiego (chylę czoła przed jego pracowitością i wiedzą). Wydanie w zwykłym pudełku - digipaka nie spotkałem nigdy.

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

środa, 18 grudnia 2013

Apollo Four Forty - Electro Glide in Blue (1997)

Data zakupu: 27 marca 2012 roku

Ciekawa sprawa z tą płytą - nigdy nie posiadałem jej w żadnej formie w całości. Owszem, parę utworów miałem (Carrera Rapida, Krupa) przegranych od kolegi, ale cały album nie robił na mnie takiego wrażenia. Nie wiem więc czemu na wiosnę, prawie 2 lata temu, postanowiłem ją zakupić. Zapewne trochę z nostalgii za taką elektroniką, trochę dlatego, że była bardzo tania, no i znajomy ją sprzedawał. W każdym razie teraz jest w mojej kolekcji i lubię jej od czasu do czasu posłuchać. To nigdy nie był zły album, jedynie nie do końca mi pasował. Króluje tu przede wszystkim big beat typu "chemicalowego", choć nie brakuje też innych gatunków jak drum'n'bass (Ain't Talkin' 'bout Dub i Vanishing Point) czy ambient (Stealth Overture, Stealth Mass in F#m) i chillout (Electro Glide in Blue, Pain in Any Language). Muzyka wchodzi łatwo, są momenty, że nóżka sama chodzi (Ain't Talkin' 'bout Dub, Krupa, Carrera Rapida, bonusowy Raw Power), są momenty mocno gitarowe (Altamont Super-Highway Revisited, Tears of the Gods i White Man's Throat)... No i pewnym magnesem dla mnie był fakt, że w Pain in Any Language po raz ostatni w życiu śpiewa Billy MacKenzie - niegdyś współpracownik Yello - który niedługo po tym nagraniu popełnił samobójstwo.

Wydanie z niebieskim tray'em - ciekawy efekt - oraz dodatkowym kawałkiem, Raw Power, znanym m.in. z filmu Szakal. Design dość podobny do płyty Leftism Leftfielda. Czyżby ten sam projektant? Muszę sprawdzić.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

wtorek, 17 grudnia 2013

Spring Attack - Lizard 6 (wiosna 2012)

Data zakupu: wiosna 2012

Pierwsza płytka Lizarda posiadająca tytuł. Zawiera nagrania prawie wyłącznie zagranicznych wykonawców. Zróżnicowanie stylistyczne jest dość spore - mamy tu i neoprog i post-rock i nawet trochę elektroniki. Jest to zarazem jedna z ciekawszych płytek z tej gazety. Co prawda zaczyna się nieszczególnie, bo obok niezłych nagrań Discipline i Djam Karet mamy wyjątkowo słabe kawałki Quidam i Galahad (okropne neoprogi), lecz później jest już dużo ciekawiej (z przerwą na jeszcze jeden słaby utwór zespołu Sunchild). Zaskakuje zwłaszcza duet Henderson/Oken - świetna elektronika ze sporym dodatkiem rocka oraz Future Kings of England - gdzie ambient góruje nad rockiem. Bardzo fajnie wypada też nasz rodzimy zespół Light Coorporation - ciekawe granie trochę w stylu post-rockowym. Airbag, The Black Noodle Project, Karfagen i Herd of Instinct nie wyróżniają się niczym ciekawym ponad standardowe progresywne granie, ale robią to z całkiem niezłym skutkiem - przyjemne granie.

Ocena muzyki: 3/5

Płytka

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Prince and the New Power Generation - Diamonds and Pearls (1992)

Data zakupu: 5 lutego 2012 roku

W okolicach (polskiej) premiery tej płyty wpadłem na dość dziwaczny pomysł. Po zakupie kasety (był to chyba środek października - album miał premierę na zachodzie 1 października), oczywiście pirackiej, w wydaniu TAKTu, postanowiłem jej nie otwierać (była zafoliowana), lecz uczynić to dopiero w Mikołaja, 6 grudnia. Masochista ze mnie - tak na nią czekałem, miałem ją w ręku i jeszcze dodatkowo skazywałem się na tortury. Ale dzięki temu album inaczej "smakował", jego pierwsze przesłuchanie sprawiło mi wiele radości. Chociaż tak naprawdę okazał się on być dużo słabszy niż poprzednie płyty Księcia...

Obok naprawdę znakomitych kawałków, przywołujących ducha wcześniejszych nagrań, znalazło się na płycie też sporo przeciętnych, a nawet gniotów. Niestety, Prince powołał sobie nową kapelę towarzyszącą z którą postanowił stworzyć nowoczesną muzykę, pasującą do nowych czasów. Z jednej strony dobrze, ale z drugiej efekty tego były bardzo różne. Zacznę od plusów. Otwierający album Thunder to typowy "one-man-jam", mocno nawiązujący m.in. do When Doves Cry czy It. Kończący album Live 4 Love czaruje doskonałą solówką gitarową pod koniec. Jazzujące Willing and Able oraz Strollin' to perełki, a ballada Money Don't Matter 2 Night do dziś jest jedną z moich ulubionych. Dają radę też singlowy Gett Off - rzeczywiście rzecz mocna i nowocześnie brzmiąca (wtedy) oraz jedyny utwór z minimalnym udziałem Prince'a na wokalu, który mi się podoba, czyli Push. Zawodzą przede wszystkim ballady - Diamonds and Pearls i Insatiable rażą banałem, Cream irytuje mnie nieciekawym wokalem, natomiast Daddy Pop i Jughead to już typowe NPG-owe gnioty - mogłyby spokojnie wylecieć z płyty.

Posiadam wersję bez hologramu - i dobrze, bo ten hologram to coś okropnego, technika tworzenia takich rzecz była wtedy mocno w powijakach (o czym jeszcze napiszę). Książeczka w miarę gruba, fajnie zostały wplecione zdjęcia obok tekstów utworów.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7



piątek, 13 grudnia 2013

Prince 1958-1993 - Come (1994)

Data zakupu: 17 stycznia 2012 roku

Płyta Come była ostatnim albumem wydanym przez artystę pod swoim własnym imieniem. Kolejne wydawnictwo, The Beautiful Experience sygnował już niemożliwym do wypowiedzenia symbolem... Wiadomo, że chodziło o walkę z wytwórnią Warner, stąd te wszystkie zachowania Księcia. W każdym razie album Come to dzieło bardzo nowocześnie brzmiące, nie odbiegające zbytnio od tego wszystkiego, co Prince prezentował w latach 90-tych. Króluje pop z dużą domieszką współczesnego r'n'b, pojawia się nawet odrobina techno (Loose!). Niestety, co też było normą w tamtych latach, album jest bardzo nierówny. Obok niezłej kompozycji tytułowej (solówki na dęciakach!), doskonałych singli Space i Letitgo oraz pięknego fragmentu w postaci króciutkiej piosenki Papa mamy też sporo przeciętnych wypełniaczy (Race, Pheromone) oraz fatalne ballady (Dark i Solo). W dodatku całą płytę kończy idiotyczny kawałek Orgasm, zawierający oprócz tytułowego (kobiecego) orgazmu jedynie solówkę gitarową zapożyczoną z utworu Privetejoy (płyta Controversy z 1981 roku). Bardzo przeciętna płyta, mająca niepowtarzalny klimat (głównie dzięki świetnym klawiszom), lecz już zapowiadająca upadek Prince'a pod względem kompozytorskim.

W mojej kolekcji jest to płyta szczególna. Otóż jest to album w najgorszym stanie - płyta mocno zrysowana, wkładka obarczona jakimiś naklejkami ze sklepów, które próbowałem oderwać, ale schodzą razem z papierem. Była też naklejka na samej płycie CD, ale na szczęście udało się ją usunąć. W dodatku całość zakupiłem wysyłkowo bez pudełka. Jedynym plusem jest fakt, że dałem za nią jedynie 5 zł... I to z wysyłką...

Ocena muzyki: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka - w tle za Prince's kościół Sagrada Familia w Barcelonie

Wnętrze wkładki