wtorek, 27 maja 2014

Rollins Band - Come In and Burn (1997)

Data zakupu: 21 maja 2014 roku

Kiedy w 1997 roku stałem się posiadaczem kasety z w/w albumem, byłem bardzo rozczarowany. Granie zespołu nie bardzo mi odpowiadało, stało się jakby łagodniejsze, bardziej przypominające tzw. "alternatywy" z tamtych lat w rodzaju Smashing Pumpkins. Nagrania typu The End of Something, Saying Goodbye Again, During a City czy Thursday Afternoon nie pasowały mi kompletnie do twórczości zespołu. Brakowało fajnych riffów (jedynie Starve i All I Want dawały radę w tym temacie), ciekawych melodii, a jedynym wyjątkiem był świetny, rozpoczynający album utwór Shame

Po latach dochodzę do wniosku, że nie jest to zła płyta, ma nawet parę świetnych momentów (On My Way to the Cage, Disappearing Act, Neon), choć nie bardzo się myliłem, jeżeli chodzi o zmiękczenie brzmienia. Cóż, sukces Liara i płyty Weight zobowiązywał. Nie pomogło to jednak zespołowi - Come In and Burn przeszła bez większego echa i kontrakt z Dreamworks został rozwiązany. Sam Rollins zlikwidował zespół i powrócił dopiero w 2000 roku, lecz z kompletnie innymi muzykami (i muzyką). Dzisiaj chętnie słucham tej płyty, co prawda bez większych emocji, ale też bez niechęci. Fajne, rockowe granie, choć mało wyróżniające się.

Okładka dziwaczna, mało interesująca, tak samo jak zdjęcia w środku. Rollins w krawacie wygląda kuriozalnie, w ogóle dziwne zdjęcie, takie poważne miny zespołu. Tekstów brak.

Ocena muzyki: 3/5

Okładka. Naklejka sklepu zasłania część napisu

Tył. Utwór nr 13 to bonus w europejskim wydaniu

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki 1

Wnętrze wkładki 2

Wnętrze wkładki 3

środa, 21 maja 2014

Front 242 - Mut@ge.Mix@ge (1995)

Data zakupu: 15 maja 2014 roku

Z zespołem Front 242 i całym ruchem EBM nie było mi po drodze. Nie przekonywała mnie zbytnio ani muzyka, będąca zbyt uproszczoną i ubogą wersją tego, co mi się podoba, ani ta cała otoczka (niby mi bliska, bo lubię science-fiction) pełna cyborgów i elektroniki, ale zarazem odpychająca. Z nazwą Front 242 poznałem dość wcześnie, bo już pod koniec lat 80-tych - był to jeden z ulubionych zespołów "crackerów" - czyli gości, którzy łamali zabezpieczeniach w grach komputerowych na Commodore 64. Pojawiała się tam nie raz w podziękowaniach. A potem przyszła gra Electro Body, które wykorzystywała sample z paru nagrań Kraftwerku, a także Front 242. Jednakże pierwszym albumem zespołu jaki poznałem był 06:21:03:11 Up Evil, który ukazał się na legalnej kasecie w okolicach 1994 roku. Z jednej strony zafascynował mnie ciekawymi brzmieniami, a zarazem odpychał fatalną produkcją, płaską i przytłumioną.

Do kapeli powróciłem jakiś czas później, kiedy odkryłem, że na singlu Religion, promującym w/w album, znajdują się dwa remiksy Orba. I to wyjaśnia dlaczego zaopatrzyłem się w składak o dziwacznym tytule Mut@ge.Mix@ge. Co prawda tamtych remiksów tutaj nie ma, ale jest za wiele innych rarytasów. Przede wszystkim znajdujemy 2 remiksy nagrania Rhythm of Time, pochodzącego z 1991 roku, również dokonane przez Orba, oraz całkowicie unikalny, niedostępny nigdzie indziej miks Crapage. Oprócz tego ucho cieszą jeszcze dwa miksy Happiness dokonane przez Underworld - również niedostępne nigdzie poza tym składakiem. Te 5 utworów to wystarczający powód aby posiadać ten album. Co prawda znajdują się tu także 2 miksy autorstwa The Prodigy, ale są one zdecydowanie słabe, poniżej poziomu, który prezentował wtedy ten zespół. Poza tym jest parę rarytasów albo autorstwa samych muzyków Front 242, albo gości z ich otoczenia (Rico Conning). W sumie fajna składanka, utwory zostały zmiksowane ze sobą, więc przyjemnie łączą się ze sobą. EBM-u jest tu mało, dużo więcej nastroju, ambientu czy trance'u.

Okładka - jak wszystkie płyty zespołu z tego okresu - została stworzona na domowym komputerze i okropnie się zestarzała. W środku nie ma nic, wszystkie niezbędne informacje znajdują się z tyłu pudełka.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

czwartek, 15 maja 2014

Kscope Volume 5 - Lizard 14 (wiosna 2014)

Data zakupu: 5 maja 2014 roku

Kiedy w drugim numerze Lizarda po raz pierwszy pojawiła się płyta CD jako dodatek do pisma, od razu zadałem sobie pytanie - czy doczekamy się samplera wytwórni Kscope. W 2011 roku firma ta jawiła się jako jedna z najciekawszych na rynku ambitniejszego rocka mając w swoim katalogu takich wykonawców jak Porcupine Tree, Anathema czy The Pineapple Thief. No i w końcu doczekaliśmy się, aczkolwiek w 2014 roku Kscope nie ma już to zaoferowania równie dobrych propozycji, co 3 lata temu...

Pierwszy zgrzyt - absolutny brak Stevena Wilsona. Jego duch pojawia się jedynie w nagraniu Blackfield, które to zmiksował. To duży błąd, bo w końcu Wilson jest najjaśniejszą i najbardziej znaną postacią nagrywającą dla Kscope. Drugi zgrzyt, zdecydowanie gorszy - dobór utworów. Dominują zwykłe, pop rockowe piosenki. Blackfield, Katatonia, Anathema, Sand, Se Delan, Mothlite... To są wszystko proste melodie, dobrze wyprodukowane, ale w większości naprawdę błahe. Szczególnie irytują mnie pompatyczna Anathema oraz bardzo współcześnie, brudno brzmiące nagrania Sand i Se Delan. Naprawdę Kscope stać na coś lepszego... Nie zachwycają też dłuższe nagrania Amplifiera i Leafblade. Tego pierwszego znam już od zimy ubiegłego roku, w dodatku uważam, że Echo Street to ich drugi najsłabszy album - nudziarstwo, którego powinni się wystrzegać. Natomiast w nagrania Leafblade coś się dzieje, ale tak naprawdę niewiele pozostaje w głowie. I tak jest z większością utworów na tym składaku.

Ale są także plusy. Absolutnie wybijającym się kawałkiem ponad całość jest dzieło Ulver. Fenomenalne połączenie elektroniki z orkiestra, uzupełnione doskonałym nastrojem i melodią - bardzo mi się podoba. Świetnie wypada też (niestety mocno skrócony, z 14 minut do niewiele ponad 2) jazz-rockowy Henry Fool. Gazpacho też jest niezłe, ale, podobnie jak poprzednik, nie wiadomo czemu został baaaardzo okrojony. Szkoda, bo fajnie się rozwija. Nieźle wypada także duet Bruce Soord i Jonas Renkse - niby zaczyna się zwyczajnie, ale potem dają czadu. I po raz trzeci - ten utwór także został skrócony (choć nie tak drastycznie jak Henry Fool). Ale to tylko 4 perełki w zalewie bylejakości. Szkoda, wielka szkoda.

Ocena muzyki: 2/5


wtorek, 13 maja 2014

Various - Johnny Mnemonic. Music from the Motion Picture (1995)

Data zakupu: 5 maja 2014 roku

To dopiero druga ścieżka dźwiękowa w mojej kolekcji (po Wipeout 2097). Kupiłem ją na oryginalnej kasecie, zachęcony przede wszystkim nowymi, niepublikowanymi wcześniej nagraniami Rollins Band i Helmetu. Także napis Orbital na okładce mnie zaintrygował - nie znałem jeszcze tego zespołu. No i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie mnie ten składak zaskoczył. Oprócz niezłych nagrań RB i H dostałem także nieznane mi, a świetne nagrania Stabbing Westward, Cop Shoot Cop, KMFDM czy God Lives Underwater. Jest także nagranie instrumentalne sygnowane duetem Bono and The Edge, choć tak naprawdę utwór ten pojawił się jako strona B singla The Fly U2. W każdym razie każdy utwór to fajny kawał grania, głównie rockowego (Cop Shoot Cop, Helmet, Rollins Band), industrialnego (Stabbing Westward) lub synthpopowego (God Lives Underwater). Wyjątkami są wspomniany duet (fajne, lekko ambientowe granie), wiązanka melodii z filmu autorstwa Brada Fiedela na końcu oraz Orbital, którego nagranie Sad but True (z albumu Snivilisation) zachęciło mnie do sięgnięcia po twórczość tej kapeli. Bardzo lubię tą płytę.

Ciekawostka - wydanie japońskie zawiera więcej nagrań - m.in. Fear Factory w remiksie Front Line Assembly i kawałek Bucketheada.

We wkładce standard - kilka zdjęć z filmu, opisy nagrań i lista płac filmowców.

Ocena muzyki: 4/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

piątek, 9 maja 2014

System of a Down - Toxicity (2001)

Data zakupu: 28 kwietnia 2014 roku

To rzadki przypadek, kiedy posiadam coś, co jest aż tak "mainstreamowe". Kiedy ten album brylował na listach przebojów, a teledyski do Chop Suey! i Toxicity pojawiały się w telewizjach muzycznych z częstotliwością raz na godzinę, nie znosiłem tej kapeli. Irytowały mnie często zmiany rytmu i dziwaczny sposób śpiewania wokalisty - ni to operowy, ni to rockowy. W sumie nic dziwnego - w 2001 (czyli okresie błędów i wypaczeń) moje zainteresowania były dalekie od rocka i metalu. Dlatego też zespołem System of a Down zainteresowałem się dopiero niedawno - jakieś 2-3 lata temu. Odkryłem najpierw debiut - równie świetny co Toxicity, a może nawet lepszy - potem sięgnąłem po ich najbardziej znane dzieło. I nagle się okazało, że to co było dla mnie największą wadę, obecnie jest największą zaletą. Cóż, człowiekowi zmienia się na starość gust chyba...

SOAD to dla mnie niejako rozwinięcie tego, co proponował Helmet, zwłaszcza, jeżeli chodzi o sposób kreowania kompozycji. Czyli kawałki są krótkie, ale dzieje się w nich niesamowicie wiele. Są zmiany tempa, zmiany riffów, czasem dysonanse, czasem deathmetalowe zagrywki. Do tego wokalista, który niesamowicie elastycznie potrafi się dostosowywać do tych łamańców - raz growlując, raz śpiewając bardzo melodyjnie, czasem prawie, że operowo... Niesamowite, że akurat tacy goście zebrali się razem i stworzyli coś tak oryginalnego i zarazem przebojowego. Nie ma sensu pisać o poszczególnych utworach, więc wymienię tylko moje ulubione: Chop Suey! z pięknymi smyczkami; Psycho z jedyną na płycie solówką gitarową i (ponownie) smyczkami; tytułowy za genialne rozwiązanie refrenu - te przerwy w riffowaniu z szalejącą perkusją to absolutny majstersztyk; Bounce za niesamowity wokal; Shimmy - podobnie... W sumie każdy kawałek ma w sobie to coś, co mnie porywa.

Wydanie skromne, ale przynajmniej treściwe - są i teksty utworów i zdjęcia za studia i spory opis albumu. Okładka - niestety - wg mnie jest beznadziejna i wygląda jak zrobiona na kolanie. Fajne zdjęcie chłopaków z tyłu pudełka.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki