piątek, 28 lutego 2014

Yes - Drama (1980)

Data zakupu: 17 października 2013

Może to wydać się dziwne, ale Drama to moja druga (po Fragile) ulubiona płyta Yes. Jakiś czas temu miałem jazdę na nią. Oto co napisałem na forum 80s.pl:

Ostatni album nagrany przed rozpadem zespołu w 1981 roku. Kolejne roszady w składzie, tym razem oprócz wiecznie odchodzącego i powracającego Ricka Wakemana zabrakło Jona Andersona. Przez wielu rzecz nie do pomyślenia stała się faktem. Na ich miejsce wskoczył duet The Buggles czyli Geoff Downes na klawiszach i Trevor Horn na wokalu. Ten skład przygotował całkowicie nowy materiał, mocno już wbiegający w lata 80. Płyta okazała się być dużo mocniejsza i nowocześniejsza brzmieniowo, a zarazem mająca sporo melodyjności. Takie utwory jak Into the Lens, Run Through the Light czy Tempus Fugit to już zdecydowanie lata 80. - jest i przebojowo i melodyjnie, no i dość rytmicznie. Natomiast do poprzedniej dekady nawiązuje przede wszystkim długi Machine Messiah z bardzo hard rockową gitarą Howe'a. 

Album mocno niedoceniany (zwłaszcza przez redakcję Tylko Rocka - we wkładce o Yes został zmiażdżony), lecz moim zdaniem bardzo dobry album przełomu lat 70. i 80. - trochę starego i trochę nowego.

Do tego świetna okładka, ponownie autorstwa Rogera Deana, ciekawe bonusy, dokładnie słychać, dlaczego dobrze się stało, że poprzedni skład nie nagrał tej płyty z tego co mieli (ostatnie cztery kawałki to sesja jeszcze w poprzednim składzie). Interesujące są też instrumentalne kawałki, które nie weszły na płytę. 

Ocena muzyki: 5/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 7

czwartek, 27 lutego 2014

Cocteau Twins - Heaven or Las Vegas (1990)

Data zakupu: 12 sierpnia 2013 roku

Jako człowiek wychowany na muzycznych latach 80. i 90. nie mogłem pominąć w swoich zainteresowaniach wytwórni 4AD. O Dead Can Dance pisałem już nie raz, teraz pora na drugą najlepszą kapelę z tej wytwórni - Cocteau Twins. Trójka muzyków, minimalistyczny skład - tylko wokal, gitara i bas z dodatkiem automatu perkusyjnego i klawiszy. I całkowicie niepowtarzalny, niepodrabialny styl - niebiański, senny, oniryczny - jak piszą dziennikarze. Heaven or Las Vegas to ich szósty album i, moim zdaniem, najlepszy. Dzięki nowszej technice na tej płycie dominują ciepłe brzmienia syntezatorów okraszone oczywiście niesamowitą gitarą Robina Guthrie. Dodatkowo Elizabeth Fraser wyśpiewuje doskonałe melodie, momentami nawet porywające do tańca (Pitch the Baby, Iceblink Luck). Co prawda niektóre brzmienia trochę się zestarzały (jak w I Wear Your Ring), w dodatku niebezpiecznie kojarzą się z mdłym new age'm, ale wokal Elizabeth wiele wynagradza. Potrafi być drapieżny (Fotzepolitic) i delikatny (Frou-Frou Foxes in Midsummer Fires). A utwór tytułowy to już absolutny majstersztyk - refren można spokojnie śpiewać pod prysznicem. 

Okładka i design bardzo mi się podobają. Fajne są te nierówne tytuły piosenek, w dodatku umieszczone na samym dole... Lubię takie rzeczy. W środku wkładki prawie nic nie ma, ale i tak to dobrze pasuje do całości. jedynie tytuł płyty mi nie pasuje - jest zbyt przyziemny. Ciekawostka - album kupiłem w sklepie, nowy, a pod przezroczystą tacką nic nie ma... Wygląda na to, że, zgodnie z obecnym trendem, wymieniono tackę na przezroczystą, ale już nikt nie zadbał, aby dodrukować coś pod nią. Czyli czeka mnie wymiana tacki na czarną, bo to białe tło mi się nie podoba.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek - przezroczysta tacka z białym tłem pod spodem

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

wtorek, 25 lutego 2014

The Best of Tenebris - Lizard 11 (lato 2013)

Data zakupu: lato 2013

Zmiana wydawcy Lizarda zaowocowała pewną zmianą na płytce dodawanej do czasopisma. Pierwszy raz cały materiał został skompilowany z utworów tylko jednego wykonawcy - metalowej grupy Tenebris. I muszę z żalem powiedzieć, że jest to zdecydowanie najgorszy krążek, jaki do tej pory ukazał się w tym piśmie (wliczając dwa następne). Z metalem jest mi raczej nie po drodze, choć są wyjątki. Tenebris do nich nie należy. Z dużym trudem przebrnąłem przez ich propozycje - na szczęście płyta CD jest krótka, zaledwie niewiele ponad 37 minut. Zaczyna się od nagrań demo, a kończy na utworze z ostatniego krążka, wydanego w ubiegłym roku. Muzyka jest nudna, mało oryginalna i kompletnie odpychająca. Oczywiście tylko dla mnie, nie wątpię, że są fani tego typu grania. Ale w przypadku ambitnego pisma jak Lizard oczekuję jednak czegoś innego.

Ocena muzyki: 1/5


poniedziałek, 24 lutego 2014

Rush - Hemispheres (1978)

Data zakupu: 15 lipca 2013 roku

Pozostańmy w klimatach progresywnych. Trochę się wahałem nad zakupem tego albumu, bo 2 najlepsze utwory czyli The Trees i La Villa Strangiato posiadałem już w wersji koncertowej na płycie Exit...Stage Left. Jednakże utwór tytułowy jest na tyle dobry, że w końcu zdecydowałem się na zakup tego albumu. Ponad 18 minut progresywno-hardrockowej jazdy w której właściwie niewiele się dzieje, szczególnie w pierwszej połowie - a mimo to wciąga i podoba mi się. Fajny riff prowadzący, niezła, spokojniejsza wstawka i powrót do głównego tematu. Circumstances - najsłabszy kawałek - też ma ciekawy fragment, kiedy muzycy grają spokojniej i z klawiszami. The Trees to arcydzieło w każdym względzie, podobnie jak fenomenalny, instrumentalny La Villa Strangiato w którym bryluje przede wszystkim znakomity Alex Lifeson. Cała płyta wchodzi gładko i cieszy prawie każdym dźwiękiem. W dodatku jest krótka - niewiele ponad 36 minuty, więc nie zdąży znudzić.

Okładka dość ikoniczna - facet z gołym tyłkiem pojawiał się tu i tam nie jeden raz. W środku szału nie ma - jest to co we wszystkich remasterach Rush - teksty utworów, informacje o płycie, słabe zdjęcia muzyków, trochę grafik.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

piątek, 21 lutego 2014

Yes - Going for the One (1977)

Data zakupu: 9 lipca 2013 roku

Mogę z ręką na sercu spokojnie stwierdzić: po co tę płytę kupiłem? Jestem pewnym wyjątkiem - nie lubię nagrania Awaken i na całym albumie Going for the One podobają mi się tylko 2 utwory - tytułowy i Wonderous Stories. Parallels jest słaby, ale da się go słuchać, natomiast Awaken i Turn of the Century to jedne z najnudniejszych nagrań w historii tego zespołu. Wiem, że to może dziwne, bo wśród fanów Yes Awaken jest szczególnie ceniony. Cóż, taki ze mnie dziwak - to jedna ze słabszych płyt. Czemu więc ją kupiłem? Do dzisiaj nie wiem...

Okładkę, taką sobie zresztą, zaprojektowała firma Hipgnosis, znana z okładek Pink Floyd. W środku jest (jak zawsze) ciekawy artykuł o powstawaniu albumu. Sporo bonusów, choć większość to dema - nie lubię dem, nie słucham ich, nie obchodzą mnie one w ogóle. Trzy pozostałe kawałki to nic ciekawego.

Ocena muzyki: 2/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

Wnętrze książeczki 8

czwartek, 20 lutego 2014

Amorphous Androgynous - Tales of Ephidrina (1993)

Data zakupu: 13 czerwca 2013 roku

To album przejściowy między płytami Accelerator i Lifeforms - równie dobrze mógł się ukazać pod nazwą The Future Sound of London. Bliżej mu co prawda do Acceleratora, ale parę nagrań wskazywało już drogę do bardziej ambientowych klimatów rodem z Lifeforms (In Mind i Mountain Goat). W reszcie utworów dominuje jeszcze mocny beat (Liquid Insects, Swab, Auto Pimp, Pod Room), okraszony oczywiście samplami i niesamowitymi dźwiękami rodem prosto z fabryki FSOL. Całkiem przyjemny album, choć dużo słabszy niż wspomniane arcydzieła. Nadal nie wiem, czemu wydany pod tą nazwą. Zapewne we krwi zostało twórcom zmienianie nazw, co czynili na swoich poprzednich singlach i EPkach...

Wydanie takie jak inne FSOLe - dość słaba grafika komputerowa, mocno trącąca myszką w obecnych czasach. Ciekawostką jest jedna ze stron wkładki, zachęcająca do kontaktu z amerykańską wytwórnią Astralwerks (takie wydanie posiadam). W dawnych czasach takie kartki były powszechne.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

wtorek, 18 lutego 2014

Vangelis - Spiral (1977)

Data otrzymania: 21 maja 2013 roku

Z Vangelisem w moim przypadku sprawa wygląda następująco: poznałem go dość wcześnie, bo mój ojciec bardzo lubił jego twórczość. Dlatego już w wieku 8-9 lat byłem katowany głównie płytą The Friends of Mr. Cairo (całkiem niezła), a także Rydwanami Ognia. Później siostra kupiła kasetę z muzyką z Blade Runnera (to nieoryginalne wydanie z 1982 roku), w międzyczasie w radiu przewijały się motywy z Albedo 0.39 i właśnie Spiral. Nie powiem, abym był jakoś specjalnie zainteresowany jego twórczością. Zachwyciłem się dopiero płytą The City z 1990 roku oraz muzyką z filmu 1492: Conquest of Paradise (kolejny zakup siostry, tym razem na CD). Próbowałem także zapoznać się z jego twórczością wypożyczając na CD parę pozycji jak Beaubourg czy Mask, ale to nie było nic ciekawego. Vangelis jawił mi się albo jako miałki kompozytor grający prawie wyłącznie cukierkowe melodie albo wyjątkowy eksperymentator. 

Nie inaczej jest z albumem Spiral. Oprócz ciekawego eksperymentu brzmieniowego jakim jest utwór tytułowy mamy do czynienia z nudnymi, przesadnie rozciągniętymi w czasie piosenkami jak Ballad czy To the Unknown Man oraz mało interesującymi, mocno zapętlonymi kawałkami Dervish D i 3+3, nie posiadającymi ani ciekawego motywu przewodniego, ani fajnej melodii. Płytę dostałem w prezencie, inaczej w życiu bym się w nią nie zaopatrzył.

Wydanie skandalicznie minimalistyczne. Doprawdy, we wkładce mogłoby być więcej treści, a nie tylko puste, lub prawie puste strony. Okładka fajna, zawsze mi się podobała.

Ocena muzyki: 2/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

piątek, 14 lutego 2014

Dead Can Dance - Aion (1990)

Data zakupu: 9 maja 2013 roku

Na początku lat 90-tych, kiedy poznawałem twórczość DCD, Aion wydawała mi się jedną ze słabszych płyt. Dużo utworów, wiele bardzo krótkich (1-2 min), w dodatku adaptacje starych utworów z czasu średniowiecza... Wszystko to sprawiało, że nie przepadałem za tym albumem i nigdy go nie zakupiłem na CD. Jak widać, na starość trochę mi się odmieniło - obecne uważam, że to całkiem niezła płyta. Bardzo zróżnicowana i, co najważniejsze, kompletnie inna od poprzednich, choć zawierająca charakterystyczne elementy stylu zespołu. Bardzo mało tu Brendana - śpiewa swoje teksty w zaledwie dwóch kawałkach (Fortune Presents... i Black Sun), ale są to zarazem jedne z najlepszych utworów na płycie. Mamy poza tym sporo instrumentalnych, świetnych utworów jak Saltarello, Mephisto, The Garden of Zephirus czy Radharc. Lisa czaruje swoim głosem w The Arrival and the Reunion czy As the Bell Rings... Nie brakuje niestety także słabszych nagrań, szczególnie na drugiej stronie oryginalnego winyla (The End of Words, Wilderness i The Promised Womb). Ale ogólnie album wypada nie najgorzej.

Okładka fajna, choć mało oryginalna (fragment obrazu Hieronima Boscha), w dodatku powtórzona dwa razy. Poza tym - asceza wydawnicza. Brak tekstów.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki