czwartek, 11 maja 2017

Fishbone - Give a Monkey a Brain and He'll Swear He's the Center of the Universe (1993)

Data zakupu: 8 maja 2017 roku

Trochę dziwna sprawa z tą płytą. Słuchałem jej namiętnie ponad 20 lat temu, a kompletnie nie mogę sobie przypomnieć okoliczności jej poznania. Nie wiem, skąd wziąłem te nagrania, ani dlaczego w ogóle po nią sięgnąłem. Co do tego drugiego, to podejrzewam recenzję w Tylko Rocku, natomiast to pierwsze, to najbardziej prawdopodobne wydaje się, że pożyczyłem ją w wypożyczalni płyt CD, chociaż kompletnie nie przypominam sobie, abym miał płytę kompaktową w ręku. Cóż, starość nie radość, pamięć szwankuje.

W każdym razie poznałem wtedy świetny album, niesamowicie eklektyczny, energetyczny i po prostu ciekawy. Zespół Fishbone powstał w latach 80-tych, składał się wyłącznie z czarnych muzyków i razem z Living Colour i Bad Brains tworzył skuteczny front czarnoskórych grających rocka. Co prawda Fishbone zaczynał trochę z dala od rocka - grali głównie soul, funk i ska, ale już w 1991 roku płytą The Reality of My Surroundings pokazali pazura, dorzucając do swoich ulubionych gatunków także ostrzejsze granie. Na Give a Monkey... to już kompletnie dorzucili do pieca, zarazem wpisując się w obowiązujące mody. Początek to niesamowicie ciężki i wolny metal - Swim nakręca atmosferę niesamowicie. W dodatku okraszone jest to wielogłosowym śpiewanio-rapowaniem, co daje doskonały efekt. Zaraz potem przyspieszają tempa, nie zmniejszając ciężaru - Servitude poraża świetnymi gitarami i pędzącymi bębnami. Po niezłej, rockowej balladzie Black Flowers mamy pierwszą woltę - Unyielding Conditioning to rasowe ska ze świetnymi dęciakami i genialną solówką saksofonową pod koniec. Potem mamy funk (Properties of Propaganda), metal-punk (The Warmth of Your Breath), soul (Lemon Meringue), regałową balladę (They All Have Abanonded Their Hopes), jeszcze jeden metalowy kawałek (End the Reign) i kompletne awangardowe szaleństwo (Drunk Skitzo). Płytę wieńczy wspaniały popowo-soulowy kawałek No Fear. A na samym końcu mamy funkowy Nutt Megalomaniac - jedyny utwór, który średnio mi wchodzi, w dodatku nie pasuje mi kompletnie do całości. Ale na szczęście jest na końcu.

Fajna płyta, szkoda tylko, że później porzucili metal - pewnie dlatego, że zespół porzucił też jeden z gitarzystów, główny twórca metalowych riffów. Dobrze, że zostawili po sobie chociaż takie fajne coś.

Okładka taka sobie, choć dobrze korespondująca z tytułem. W środku nic ciekawego, ot, teksty utworów, trochę rysunków i zdjęć. 

Ocena: 3/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz