środa, 10 grudnia 2014

Tiamat - Wildhoney (1994)

Data zakupu: 10 grudnia 2014 roku

Chyba jedyny prog-metalowy album jaki lubię. Choć właściwie tego metalu jest tu raczej niewiele - riffy w Whatever that Hurts, The Ar i trochę w Visionaire to właściwie wszystko co zostało z metalu na tym albumie. Poza tym mamy sporo prog-rocka (Gaia, A Pocket Size Sun, Do You Dream of Me?) oraz mnóstwo ambientowej przestrzeni (tytułowy, 25th Floor, Kaleidoscope i Planets). Właściwie na płycie znajduje się zaledwie 6 utworów właściwych i 4 przerywniki. Wszystko zostało skomponowane jako jedna całość, w stylu najlepszych płyt Pink Floyd. Taki był zresztą cel Johana Edlunda - lidera Tiamat. Sam nawet mówił, że ta płyta to "marzenie młodego chłopaka, aby zabrzmieć jak Pink Floyd". I muszę przyznać, że udało mu się to znakomicie. Płyta jest świetna, ma fantastyczny klimat, utwory są przemyślane i ciekawie skonstruowane, brzmienie jest czyste i klarowne. Jedynym mankamentem może być charczący wokal Edlunda w Whatever that Hurts i Visionaire, ale nie przeszkadza to tak bardzo, zwłaszcza, że w innych utworach śpiewa czysto. Pomimo faktu, że wiele brzmień z tej płyty się dość zestarzało, a niektóre patenty mogą razić prostotą (Gaia), to i tak jest to fajna rzecz. A utwór A Pocket Size Sun jest jednym z moich ulubionych utworów w ogóle i mogę do niego wracać dość często.

Recenzent w Tylko Rocku zachwycał się pięknym wystrojem książeczki i wcale mu się nie dziwię. Zdjęcia i rysunki są naprawdę ładne i idealnie pasują do klimatu płyty. Jedyne co mnie trochę śmieszy to wykorzystanie standardowych czcionek z CorelDRAW - już wtedy zalatywało mi to lekką amatorszczyzną. Ale poza tym jest bardzo dobrze. Fajny patent z umieszczeniem informacji wydawniczych pod tray'em.

Ocena muzyki: 4/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz