piątek, 9 stycznia 2015

The Prodigy - Music for the Jilted Generation (1994)

Data pierwszego zakupu: 3 października 1995 roku
Data ponownego zakupu: 7 stycznia 2015 roku

The Prodigy poznałem już na samym początku ich kariery, kiedy to triumfy święcił przebój Out of Space, czyli w 1991 roku. Już wtedy podobała mi się ich muzyka, a debiutancki album Exprience często lądował w moim kaseciaku. Jednakże kolejny album, Music..., okazał się tym przełomowym, dzięki któremu o zespole usłyszał cały świat. Nic dziwnego, gdyż ambitny lider grupy, Liam Howlett, po zdobyciu rynku wesołymi, tanecznymi kawałkami, wywodzącymi się z rave'u, postanowił pójść dalej i stworzyć coś nowego i ciekawszego. Dlatego też zwrócił się ku muzyce breakbeatowej, pełnej sampli, ciekawych brzmień i nietuzinkowych pomysłów.

Na płycie, oprócz przebojów No Good (start the dance), One Love (w wersji radiowej, trochę szkoda, ale brakłoby płyty CD, album trwa ponad 78 minut), Voodoo People i Poison, które nie są złe, ale jednakże nie do końca mnie przekonują, mamy też ciekawsze nagrania. Na szczególną uwagę zasługują początek i koniec płyty. Na początku mamy doskonały Break & Enter, który od razu wali z grubej rury - kawałek tak wciąga, że nawet się nie zauważa, że mija te 8 i pół minuty. Natomiast na samym końcu mamy magnum opus płyty: The Narcotic Suite. Trzy utwory połączone w jedno, jeden lepszy od drugiego: od spokojnego 3 Kilos ze świetną partią fletu, poprzez dynamiczny Skylined (fajne klawisze) aż po fenomenalny, mroczny The Claustrophobic Sting (partia Rolanda 303 miażdży). To jeden z najlepszych kawałków muzyki elektronicznej stworzonych w ogóle. Reszta płyty to już trochę inna mieszanka. Nieźle wypadają partie szybsze jak Full Throttle, Speedway czy The Heat. Lubię też singlowe No Good i Poison, ten ostatni jest mocno industrialny, z wsamplowaną żywą perkusją. Nie przepadam za to za najbardziej rockowym Their Law (z gościnnym udziałem zespołu Pop Will Eat Itself) - jest długi i nudny. Voodoo People, mocno promowane, też mi się przejadło a za One Love nigdy nie przepadałem. Podoba mi się za to ambientowa wstawka w Speedway - ciekawy zabieg aranżacyjny.

Poprzednio posiadałem wydanie europejskie, teraz mi wpadło w ręce amerykańskie. Różnica jest tylko taka, że we wkładce mamy długaśną zachętę do kupna koszulek i innych gadżetów związanych z grupą. Reszta jest taka sama. Okładka nigdy mi się nie podobała, ogólnie design jest słaby.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył - obleśna naklejka, trzeba będzie ją usunąć

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz