środa, 23 września 2015

SBB - 22.10.1977, Göttingen, Alte Ziegelei (2004)

Data zakupu: 30 lipca 2015 roku

SBB wydało wiele koncertówek z archiwalnymi i bieżącymi nagraniami. Ta podoba mi się najbardziej. Koncert jest typowy dla tamtych lat - muzyka trwa nieprzerwanie aż do końca (utwór Coda) podstawowego setu. Jedynie bonusowy bis jest oddzielnym kawałkiem. Słucha się tego niesamowicie: muzycy kompilują swój koncert w fragmentów innych utworów umiejętnie łącząc je i mieszając. Bardzo ciekawie wypadają nagrania jeszcze nieskończone jak Follow My Dream w wersji instrumentalnej i mocno odbiegającej od tego, co znamy z płyty studyjnej. Nie brakuje oczywiście solówek na basie i perkusji (które regularnie pomijam słuchając płyt zespołu - są nudne i na pewno lepiej wypadają, kiedy koncert się ogląda). Jest też sporo improwizacji - osobiście przepadam za doskonałą końcówką (Coda) w której Skrzek szaleje na Moogu w sposób wspaniały. Jakość dźwięku jest naprawdę dobra i nie ma się czego przyczepić.

Natomiast poligrafia to absolutna pomyłka. Pomyłka, bo tylko to tłumaczy fakt, że spis utworów i część tekstu w książeczce jest kompletnie nieczytelna, tak, jakby brakło częściowo farby. W dodatku brakuje ta polskich liter. Ewidentny błąd grafika lub drukarni. Szkoda, bo pozostała część nie odbiega od standardu wyznaczonego przez Metal Mind Productions - klimatyczne zdjęcia, ciekawy esej Wilczyńskiego i ładnie wydany digipak.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3 - jedyny w miarę czytelny fragment tekstu


środa, 29 lipca 2015

Rush - Caress of Steel (1975)

Data zakupu: 3 lipca 2015 roku

Z pierwszym okresem działalności zespołu Rush mam pewien problem. Uwielbiana i chwalona przez wszystkich płyta 2112 nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Debiut uważam za bardzo słaby, Fly by Night ma momenty, ale mało. Natomiast Caress of Steel podoba mi się najbardziej. Są i fajne riffy (The Necromancer, A Fountain of Lamneth), niezłe melodie, ciekawe pomysły. Niektórzy mówią, że płyta jest nudna. Dla mnie nie jest, szczególnie te długie fragmenty są naprawdę niezłe i to pomimo tego, że poszczególne części suity A Fountain of Lamneth są poprzedzielane ciszą. Ma to swój urok. Krótkie kawałki też są niezłe i nawet kojarzą mi się z późniejszymi dokonaniami Rush (szczególnie Lakeside Park). Fajny album.

Natomiast strona wizualna wypada bardzo słabo. Mało czytelna okładka, powtórzone nazwa zespołu i tytuł płyty na tylnej części okładki. Absolutnym skandalem są prawie nieczytelne napisy wewnątrz wkładki, bez lupy nie ma co podchodzić do czytania tekstów utworów.

Ocena muzyki: 3/5 | Spotify

Single: Lakeside Park

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

czwartek, 16 lipca 2015

Przemysław Rudź - Hypnotized (Lizard 18)

Data zakupu: 22 czerwca 2015 roku

Druga płyta dodana do ostatniego Lizarda. Twórczość Przemysława Rudzia nie była mi znana wcześniej, o jego dokonaniach dowiadywałem się właściwie jedynie z recenzji płyt, których naprodukował już sporo - co nie wróżyło zbyt dobrze. Na Hypnotized znajdziemy kilka utworów utrzymanych w konwencji ambientu. Nie jest to granie ani zbyt oryginalne, ani porywające, ani też specjalnie ambitne. Być może tak właśnie miało być. Owszem całość jest dobrze zagrana, nagrana i zaaranżowana, ale, jak to mówią, wpada jednym uchem, wypada drugim. Typowy ambient. Co prawda lubię ten gatunek, ale płyta Hypnotized nie ma dla mnie "tego czegoś". Poprawne granie i tyle.

Wydanie ładne, tym razem wymagało wsadzenia całości w pudełko. Jest nawet kilkustronicowa wkładka z postacią Rudzia oraz autora obrazów (wszystkie utwory powstały jako inspiracja obrazami).

Ocena muzyki: 2/5

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona wkładka

Wnętrze wkładki

środa, 1 lipca 2015

Unicorn - Unicorn (Lizard 18)

Data zakupu: 22 czerwca 2015 roku

W końcu ukazał się wiosenny (sic!) numer magazynu Lizard. Wyszedł co prawda pod sam koniec wiosny, więc jest to właściwie numer letni. Wydawcy zastanawiają się czy numeru letniego nie połączyć z jesiennym i wydać numer podwójny. Zobaczymy. 

Najnowszy numer jest grubszy i, w końcu, zawiera więcej tekstu niż zdjęć. Naprawdę jest o czym poczytać, w dodatku bardzo wiele ciekawych artykułów, o wykonawcach, którzy mnie interesują (przede wszystkim Robert Fripp, historia jedynej płyty duetu McDonald and Giles, wywiad ze Stevenem Wilsonem, wywiad z Mike'm Howlettem, basistą Gong, artykuł o Hawkwind... sporo tego). Co prawda recenzji płyt jest mniej, ale za to zyskały na długości. Bardzo fajny numer.

No i płyty. Tak, tym razem do pisma dorzucono dwa krążki. Jednym z nich jest 4-utworowa EPka nowego zespołu wokalisty Love De Vice. Jak czytamy w wywiadzie, zamieszczonym w piśmie, Unicorn to takie bardziej klasycznie progresywne granie. Nie do końca się z tym zgadzam. Dostaliśmy po prostu 4 rockowe piosenki, które często skłaniają się ku popowi. Owszem, są dobrze zaaranżowane i zagrane, poprawnie zaśpiewane, ale poza tym nie robią na mnie dużego wrażenia. Wszystko to już było i to wielokrotnie. Raczej nie będę wracał do tych nagrań - można posłuchać, ale po przesłuchaniu niewiele zostaje w głowie. Może jedynie ballada Too Old, mocno kojarząca mi się z Pink Floydem ery Rogera Watersa - idealnie pasowałaby na album The Final Cut.

Wydanie w kartoniku - domyślam się, że to standardowe wydanie promocyjne, po prostu dorzucone do pisma jako gratis.

Ocena muzyki: 2/5

Przód

Tył

Płyta CD

czwartek, 18 czerwca 2015

Sepultura - Roots (1996)

Data zakupu: 3 czerwca 2015 roku

Moja mała półeczka płyt metalowych znowu się powiększyła. Z zespołem Sepultura przed płytą Roots nie miałem zbytnio do czynienia - death metal to nie moja bajka. Ale ten album, nie da się ukryć, że chyba najpopularniejszy w ich historii, okazał się bardzo zjadliwy. Deathu tu właściwie nie ma, jest za to sporo fajnego bujania (w Wikipedii określają to jako groove metal), głównie w warstwie rytmicznej. W dodatku Max się fajnie drze, a nie growluje czy skrzeczy, jak to niektórzy lubią czynić (przykładowo Enslaved - fajna muza i koszmarny skrzek zamiast wokalu). Lato 1996 roku było pełne Sepultury (dla mnie).

Album zawiera sporo smaczków, które lubię - zniekształcona końcówka Breed Apart, fajny, instrumentalny początek Straighthate, industrialne motywy w Lookaway, plemienne rytmy w Attitude i Ratamahatta... No i to słynne wykorzystanie brazylijskiego plemienia Indian i ich śpiewy w Born Stubborn i Itsari. Absolutny majstersztyk. Z jednej strony szkoda, że Max odszedł od Sepultury, bo Kisser to dobry gitarzysta i razem by może stworzyli parę ciekawych płyt. Ale z drugiej strony debiut Soulfly to rozwinięcie pomysłów z Roots i fajnie, że powstał. Z Kisserem może by go nie było. To jednak już temat na inną recenzję.

Wydanie skromne, tradycyjne (choć wersji rozszerzonych wyszło od groma). Okładka fajna, kolorystyka i ogólny design świetne. Podobają mi się teksty utworów zamieszczone w postaci karteczek i notatek. No i to zdjęcie zespołu w wiosce Indian - niesamowite.

Ocena muzyki: 4/5 | Spotify

Single: Roots Bloody Roots, Attitude, Ratamahatta

Okładka

Tył

Bok

Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

niedziela, 17 maja 2015

Steven Wilson - Hand. Cannot. Erase. (2015)

Data otrzymania: 17 kwietnia 2015 roku

Całkowicie nieoczekiwanie wygrałem w radiowej Trójce najnowszy album Stevena Wilsona. Ach, cóż to była za przyjemność usłyszeć swoje imię (i nazwę miejscowości) z ust Marka Niedźwieckiego, którego bardzo lubię i cenię od lat. Już od paru lat próbowałem coś wygrać, ale nigdy mi się nie udało - tylko kasę na SMS-y wydałem. A tu taka niespodzianka...

Co prawda album uważam za taki sobie. Ot, Wilson jakiego znamy i lubimy, ale bez większych wzruszeń (z jednym wyjątkiem), w dodatku powracający do brzmień znanych z płyty Insurgentes i ostatnich albumów Porcupine Tree. Jest sporo grania progresywnego, ze zmianami tempa i licznymi solówkami (3 Years Older, Ancestral), są fajne piosenki (tytułowa, Transience, Happy Returns), jest też sporo elektroniki (Perfect Life), ale nie brakuje też przynudzania (długaśny Routine czy bezbarwny Home Invasion). Nowością są piosenki śpiewane przez Wilsona w duecie z kobietą, Ninet Tayeb (z Izraela, zwyciężczyni tamtejszej Idola). Nie bardzo przypadł mi do gustu ten patent - pojawia się ona w słabszych momentach płyty. Wychodzi na to, że płyta jest raczej przeciętna i rzadko do niej wracam.

Absolutnym wyjątkiem jest instrumentalne nagranie Regret #9. Jest niejako przedłużeniem utworu Home Invasion, ale przewyższa je pod każdym względem. Na tle fajnego, spokojnego tła mamy najpierw genialną solówkę na Moogu (co już mnie, fana SBB, raduje mocno), a następnie równie genialną solówkę gitarową. Po prostu coś fantastycznego, kolejny dowód na to, że Wilson miewa przebłyski geniuszu. Podobnie było w przypadku Insurgentes - pośród błahych nagrań pojawia się perełka - No Twilight Within the Courts of the Sun - jeden z najlepszych utworów jakie Wilson kiedykolwiek skomponował.

Opakowanie to digipak - niestety. Przy próbie wyciągnięcia z kieszonki książeczki okładka się lekko naderwała (co widać na zdjęciach 1 i 2). Piętno dla twórców za stworzenie tak niewygodnego opakowania. W środku znajduje się książeczka z tekstami i informacjami - niestety, Wilson nadal hołubi Lasse Hoile, którego styl wyczerpał się jakieś 10 lat temu i teraz te jego zdjęcia jedynie irytują. Oprócz tego znajdziemy ulotkę wytwórni Kscope informującej o najnowszych i nadchodzących wydaniach płyt.

Ocena muzyki: 3/5 | Link do Spotify

Płyta jeszcze w folii, z naklejką informacyjną

Okładka - w lewym, górnym rogu widoczne naderwanie digipaka

Tył

Bok - naderwanie lepiej widoczne

 Środek

Rozłożona książeczka

Wnętrze książeczki 1

Wnętrze książeczki 2

Wnętrze książeczki 3

Wnętrze książeczki 4

Wnętrze książeczki 5

Wnętrze książeczki 6

Wnętrze książeczki 7

Katalog Kscope 1

Katalog Kscope 2

Katalog Kscope 3

Katalog Kscope 4